Gdy Paweł był w Berei i głosił Słowo Boże to Berejczycy "codziennie badali Pismo czy tak się rzeczy maja" sprawdzali Czy to co Paweł głosi pokrywa się z Bożym Słowem.Nie wiesz w coś tylko dlatego bo tak cię nauczono,bo wszyscy tak wierzą.Sprawdz swoją wiare,doświadcz ją,skonfrontuj swoje wierzenia czy mają solidne poparcie Pisma Św-bo jeśli nie maja to nie stoi za tym Bóg i to nie będzie uznane przez najwyższy autorytet,Boga.
wtorek, 14 października 2014
Jak interpretować Biblię
Paweł napisał do Tymoteusza:
Dbaj o siebie i o naukę (ang. o swoje nauczanie), bądź wytrwały. Tak postępując, siebie
samego zbawisz, i tych, którzy ciebie słuchają (1Tm 4,16).
Każdy Boży sługa winien to napomnienie wziąć do serca i zwracać pilną uwagę przede
wszystkim na siebie, dbając o to, by dawać dobry przykład pobożności.
Po drugie, powinien zwracać baczną uwagę na swoje nauczanie, gdyż wieczne zbawienie jego
samego i jego słuchaczy zależy od tego, czego naucza. O tym mówi Paweł w cytowanym powyżej
wersecie.1 Jeśli kaznodzieja przyjmie fałszywą doktrynę lub zaniedba mówienia ludziom prawdy,
rezultat może być tragiczny dla niego oraz innych, i to na wieki.
Sługa Boży pozyskujący uczniów nie może, bez wymówki, uczyć fałszywej doktryny, bowiem
Bóg dał mu Ducha Świętego oraz swoje Słowo, aby prowadzić go do prawdy. Niestety, kaznodzieje
kierujący się niewłaściwymi pobudkami często jedynie powtarzają rozpowszechniane nauki innych.
Sami nie wnikają w Słowo, dlatego są narażeni na pobłądzenie w swojej doktrynie i nauczaniu. Dla
Bożego sługi zabezpieczeniem przed taką sytuacją jest oczyszczenie serca. Powinien się upewnić,
czy jego motywacją jest (1) podobanie się Bogu oraz (2) pomaganie ludziom, aby byli gotowi
stanąć przed Jezusem, a nie by stać się zamożnymi, wpływowymi i popularnymi. Musi też pilnie
studiować Boże Słowo, aby posiąść jego pełne, zrównoważone zrozumienie. Później Paweł znów
pisze do Tymoteusza:
Staraj się usilnie, abyś sam stanął przed Bogiem jako wypróbowany i nienaganny pracownik,
który wiernie przekazuje Słowo prawdy (2Tm 2,15).
Pilne czytanie, studiowanie i rozmyślanie o Bożym Słowie powinno być stałym zajęciem Bożego
sługi. Wtedy Duch Święty pozwoli mu lepiej rozumieć Boże Słowo, dzięki czemu będzie mógł
„wiernie przekazywać Słowo prawdy”. Jednym z najpoważniejszych problemów w dzisiejszym
Kościele jest to, że kaznodzieje błędnie interpretują Boże Słowo i w efekcie prowadzą swoich
słuchaczy na manowce. To bardzo niebezpieczne. Jakub ostrzegał:
1. Paweł oczywiście nie wierzył w bezwarunkowe wieczne bezpieczeństwo, inaczej nie powiedziałby
Tymoteuszowi, człowiekowi zbawionemu, że musi coś robić, by zbawienie zachować.
Niech niewielu z was zostaje nauczycielami, moi bracia, gdyż wiecie, że będziemy surowiej
sądzeni (Jk 3,1).
Z tego względu nieodzowne jest, aby pozyskujący uczniów usługujący wiedział, jak poprawnie
interpretować Słowo Boże, czyli dobrze je rozumieć i przekazywać zamierzone przez autora
znaczenie każdego urywka.
Poprawne interpretowanie Bożego Słowa niczym się nie różni od poprawnego zinterpretowania
słów kogoś innego. Jeśli chcemy dokładnie zrozumieć zamierzone znaczenie wypowiedzi jakiegoś
autora czy mówcy, musimy zastosować pewne zasady interpretacji, oparte na zdrowym rozsądku.
W tym rozdziale rozważymy trzy najważniejsze zasady poprawnej interpretacji Biblii. Oto one:
Czytaj (1) inteligentnie, (2) w sposób związany z kontekstem oraz (3) uczciwie.
Zasada # 1: Czytaj inteligentnie. To co czytasz, interpretuj dosłownie, o ile nie zostało
wyraźnie wypowiedziane tak, aby to rozumieć przenośnie lub symbolicznie.
Biblia, podobnie jak każda literatura, pełna jest wypowiedzi przenośnych; są metafory, hiperbole
oraz antropomorfizmy i należy je odczytywać właśnie jako takie.
Metafora to porównanie podobieństw pomiędzy dwiema zasadniczo odmiennymi rzeczami.
Biblia zawiera ich wiele. Jedną znajdujemy na przykład w wypowiedzi Chrystusa podczas Ostatniej
Wieczerzy:
A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb, pobłogosławił, połamał go i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie
i jedzcie, to jest Moje ciało. Potem wziął kielich i po dziękczynieniu podał im, mówiąc: Pijcie
z niego wszyscy, to jest bowiem Moja krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na
odpuszczenie grzechów (Mt 26,26-28).
Czy Jezus rzeczywiście sądził, iż chleb, który podawał uczniom, był dosłownie Jego ciałem, a
pite przez nich wino dosłownie Jego krwią? Zdrowy rozsądek podpowiada że Nie. Biblia wyraźnie
mówi, że Jezus dał im chleb i wino i ani słowem nie wspomina o tym, by się w jakimś momencie
przemieniły w dosłowne ciało i krew. Ani Piotr ani Jan, obecni na Wieczerzy, nie opisują czegoś
takiego w swoich listach, i jest mało prawdopodobne, by uczniom z łatwością przyszło odgrywać
rolę kanibali!
Niektórzy upierają się: – Ale przecież Jezus mówił, o chlebie i winie, iż są Jego ciałem i krwią,
będę więc wierzyć w to, co powiedział Jezus!
Lecz kiedy indziej też stwierdził, że jest drzwiami (zob. J 10,9). Czy dosłownie stał się drzwiami
wyposażonymi w zawiasy i klamkę? Powiedział również, że jest krzewem winnym, a my gałązkami
(zob. J 15,5). Czy dosłownie stał się krzakiem winogron? Czy my dosłownie staliśmy się
gałązkami? Powiedział, że jest światłem świata i chlebem, który zstąpił z nieba (zob. J 9,5; 6,41).
Czy Jezus jest dosłownym słonecznym światłem i bochnem chleba?
Najwyraźniej każde z tych wyrażeń jest figurą stylistyczną, w tym wypadku metaforą,
porównującą dwie rzeczy zasadniczo odmienne, choć posiadające pewne podobieństwa. Jezus w
jakimś sensie był drzwiami i krzewem winnym. Jego stwierdzenia podczas Ostatniej Wieczerzy
także są oczywistymi metaforami. Wino było podobne do Jego krwi, zaś chleb do Jego ciała.
Przypowieści Chrystusa
Podobieństwa są czymś takim jak metafory, ale zawsze zawierają wyrażenie „podobne do”.
Przekazują duchową naukę porównując podobieństwa pomiędzy dwiema rzeczami, zasadniczo się
od siebie różniącymi. Interpretując je należy o tym pamiętać, bo inaczej popełnimy błąd doszukując
się znaczenia w każdym drobnym szczególe danej przypowieści. W metaforach i podobieństwach
zawsze dochodzimy do punktu, w którym podobieństwa się kończą a pojawiają się różnice. Jeśli na
przykład mówię do żony: – Twoje oczy są jak sadzawki – chcę przez to powiedzieć, że są
niebieskie, głębokie i urocze, a nie że pływają w nich ryby, na ich powierzchni lądują ptaki, a zimą
pokrywa je lód.
Rozważmy trzy przypowieści Jezusa, z których wszystkie są podobieństwami. Pierwsza to
przypowieść o sieci:
Królestwo Niebios podobne jest także do sieci zarzuconej w morze, zagarniającej wszelkiego
rodzaju ryby. Gdy była już pełna, wyciągnęli ją na brzeg, usiedli i dobre zebrali do koszy, a
nieprzydatne odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, odłączą złych od
sprawiedliwych i wrzucą ich do rozpalonego pieca. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów (Mt
13, 47-50).
Czy Królestwo Niebios i sieć są zasadniczo takie same? Absolutnie nie! Bardzo się różnią, choć
kilka cech jest podobnych. Tak jak ryby, po wyciągnięciu z sieci, są oceniane i rozdzielane na dwie
kategorie, pożądane i niepożądane, tak samo będzie w Bożym Królestwie. Pewnego dnia nieprawi i
sprawiedliwi, którzy obecnie żyją razem, zostaną rozdzieleni. Ale na tym podobieństwa się kończą.
Ryby pływają, ludzie chodzą. Rybacy rozdzielają ryby. Aniołowie oddzielą nieprawych od
sprawiedliwych. Ryby ocenia się na podstawie tego, jak smakują po przyrządzeniu. Ludzie są
oceniani na podstawie posłuszeństwa lub nieposłuszeństwa Bogu. Dobre ryby przechowuje się w
pojemnikach, a złe wyrzuca. Ludzie sprawiedliwi odziedziczą Boże Królestwo, zaś nieprawi
zostaną wtrąceni do piekła.
Przypowieść ta jest doskonałym przykładem tego, iż każda metafora i podobieństwo jest w
końcu niedoskonałym porównaniem, ponieważ rzeczy porównywane zasadniczo się różnią. Nie
sięgajmy dalej niż intencja autora, czyniąc z różnic podobieństwa. Wiemy na przykład, iż „dobre
ryby” kończą ostatecznie na patelni, a „złe ryby” wracają do wody, by popływać choć jeden dzień
dłużej. Jezus o tym nie wspomniał! To nie służyłoby Jego celowi.
Akurat ta przypowieść nie uczy (niezależnie od czyjejkolwiek opinii) strategii „ewangelizacji
sieciowej”, polegającej na ciągnięciu do kościoła wszystkich, dobrych i złych, czy tego chcą czy
nie! Nie uczy też, by plaża była najlepszym miejscem do dawania świadectwa. Nie uczy, że
pochwycenie Kościoła nastąpi pod koniec ucisku. Nie uczy, iż nasze zbawienie jest wyłącznie
Bożym niezależnym wyborem, bo przecież w tej przypowieści ryby wybrane nie przyczyniły się
wcale do swego wybrania. Nie nadawajmy przypowieściom Jezusa nieuzasadnionego znaczenia!
Bądźmy gotowi
Oto inna znana przypowieść, o dziesięciu pannach:
Wtedy Królestwo Niebios będzie podobne do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i
wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było głupich, a pięć mądrych. Głupie wzięły
lampy, ale nie zabrały z sobą oliwy. Mądre natomiast razem z lampami zabrały również oliwę
w naczyniach. Gdy pan młody się spóźniał, wszystkie zasnęły. Nagle o północy rozległo się
wołanie: Idzie pan młody, wyjdźcie mu na spotkanie! Wówczas wszystkie panny zerwały się
ze snu i przygotowały swoje lampy. Głupie zaś powiedziały do mądrych: Dajcie nam ze swej
oliwy, bo nasze lampy gasną. Mądre jednak odpowiedziały: Nie, mogłoby przecież i nam, i
wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedawców i kupcie sobie. Gdy one odeszły kupić,
nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na wesele i drzwi zostały zamknięte.
Później wróciły i pozostałe panny, prosząc: Panie, panie, otwórz nam! Lecz on odpowiedział:
Oświadczam wam, że was nie znam. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny (Mt
25,1-13).
Jakiej najważniejszej lekcji uczy ta przypowieść? Zawiera ją ostatnie zdanie: Bądźcie cały czas
gotowi na przyjście Pana, bo może zwlekać dłużej, niż się spodziewacie. Tylko tyle.
Jak wspomniałem w poprzednim rozdziale, Jezus opowiedział tę przypowieść swoim
najbliższym uczniom (zob. Mt 24,3; Mk 13,3), którzy wówczas posłusznie go naśladowali. Jej treść
wyraźnie sugeruje, iż Piotr, Jakub, Jan i Andrzej mogą nie być gotowi, kiedy Jezus powróci.
Właśnie dlatego ich ostrzegał. Zatem przypowieść ta poucza, iż jest możliwe, aby ci, którzy obecnie
są gotowi na przyjście Chrystusa, nie będą gotowi, kiedy On faktycznie powróci. Początkowo
wszystkie dziesięć panien było gotowych, jednak pięć utraciło czujność. Gdyby pan młody
przyszedł wcześniej, wówczas wszystkie dziesięć mogłyby wejść na ucztę weselną.
Ale co oznacza liczba pięciu głupich oraz pięciu mądrych panien? Czy dowodzi, iż jedynie
połowa ludzi przyznających się do wiary będzie gotowych na powrót Chrystusa? Nie.
Jakie znaczenie ma oliwa? Czy symbolizuje Ducha Świętego? Czy ujawnia, że tylko osoby
ochrzczone w Duchu Świętym dostaną się do nieba? Nie.
Czy powrót pana młodego o północy oznacza, że Jezus przyjdzie o tej porze? Nie.
Dlaczego pan młody nie poprosił mądrych panien, by rozpoznały te głupie, stojące u drzwi?
Gdyby to zrobił, runąłby cały sens przypowieści, bo głupie w końcu także uzyskałyby wstęp.
Być może można powiedzieć, iż tak jak głupie panny zasnęły, bo zabrakło im oliwy, tak duchowo
zasypiają głupi wierzący, którzy chodzą w duchowych ciemnościach, co prowadzi ich do zguby.
Być może można by znaleźć podobieństwa pomiędzy ucztą weselną z tej przypowieści a przyszłą
weselną ucztą Baranka, ale tylko tak daleko możemy się posunąć nie dopisując tej przypowieści i
różnym jej szczegółom niezamierzonych znaczeń.
Przynoszenie owocu
Bodaj najgorszą interpretację przypowieści Chrystusa słyszałem na pewnym kazaniu o pszenicy i
chwastach. Najpierw przeczytajmy tę przypowieść:
Powiedział im też inną przypowieść: Królestwo Niebios jest podobne do człowieka, który
zasiał na swoim polu dobre ziarno. Kiedy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, posiał
chwasty między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawiły
się również chwasty. Wówczas przyszli słudzy i zapytali gospodarza: Panie, czy nie posiałeś
na swojej roli dobrego ziarna? Skąd więc te chwasty? Oznajmił im: Zrobił to człowiek wrogo
do mnie usposobiony. Słudzy więc powiedzieli do niego: Czy chcesz, żebyśmy poszli i zebrali
te chwasty? Odpowiedział: O nie, ponieważ usuwając chwasty, moglibyście wyrwać też
pszenicę. Pozwólcie im razem rosnąć aż do żniwa, a w czasie żniwa powiem żeńcom:
Zbierzcie najpierw chwasty, zwiążcie je w snopki na spalenie, pszenicę natomiast zwieźcie do
mojego spichlerza (Mt 13,24-30).
Oto wyjaśnienie autorstwa owego kaznodziei:
Faktem jest, iż kiełkująca pszenica oraz chwasty wyglądają identycznie. Pszenicy nie można
odróżnić od chwastów. I tak właśnie jest na świecie i w kościele. Nie można rozróżnić, kto jest
prawdziwym chrześcijaninem, a kto niewierzącym. Nie da się ich rozpoznać na podstawie stylu
życia, ponieważ wielu chrześcijan, podobnie jak ludzie niewierzący, okazuje nieposłuszeństwo
Chrystusowi. Tylko Bóg zna ich serca i w końcu ich rozdzieli.
Nie taki jest, oczywiście, sens tej przypowieści! W istocie pokazuje ona, iż wierzący bardzo się
różnią od niewierzących. Zauważmy, iż słudzy zorientowali się, że zostały zasiane chwasty, kiedy
pszenica wydała ziarna (zob. w. 26). Chwasty (w wersji ang. kąkol) nie dają plonu, dlatego łatwo je
rozpoznać. Uważam, że nie bez znaczenia jest fakt, iż Jezus wybrał bezowocny kąkol jako symbol
niegodziwych, którzy zostaną na końcu zebrani i wrzuceni do piekła.
Zasadnicze myśli tej przypowieści są jasne: Prawdziwie zbawieni przynoszą owoc, zaś
niezbawieni nie. Chociaż Bóg na razie nie sądzi niegodziwych, żyjących pośród zbawionych, jednak
kiedyś oddzieli ich od sprawiedliwych i wrzuci do piekła.
Właściwie Jezus sam wyjaśnił tę przypowieść, nie ma więc potrzeby, aby doszukiwać się
jakiegoś znaczenia ponad to, co powiedział:
Wtedy opuścił tłumy i poszedł do domu. Podeszli do Niego Jego uczniowie i poprosili:
Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście na polu. Odpowiedział im: Siewcą dobrego ziarna jest
Syn Człowieczy. Polem jest świat, dobrym ziarnem są synowie Królestwa, a chwastem
synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł, żniwem jest koniec świata, a
żeńcami są aniołowie. Tak jak zbiera się chwasty i spala w ogniu, tak będzie przy końcu
świata. Syn Człowieczy pośle swoich aniołów i zbiorą z Jego Królestwa wszystko, co
powoduje upadek oraz tych, którzy dopuszczają się bezprawia, i wrzucą ich do rozpalonego
pieca. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi zajaśnieją jak słońce w
Królestwie swojego Ojca. Kto ma uszy, niechaj słucha (Mt 13,36-43).
Hiperbola
Drugą powszechną figurą stylistyczną w Biblii jest hiperbola, czyli świadoma przesada, mająca
na celu podkreślenie czegoś. Kiedy matka mówi do dziecka: – Tysiąc razy wołałam cię na obiad –
to jest to hiperbola. Przykładem biblijnej hiperboli może być wypowiedź Jezusa o odcięciu prawej
ręki:
Jeśli twoja prawa ręka jest powodem twojego upadku, odetnij ją i wyrzuć. Lepiej bowiem
będzie dla ciebie, gdy stracisz jedną część ciała, niż gdybyś miał cały zginąć w Gehennie (Mt
5,30).
Gdyby Jezus mówił dosłownie, żeby każdy, kto grzeszy posługując się w jakiś sposób prawą
ręką,odciął ją, to wszyscy chodzilibyśmy bez rąk! Oczywiście rozwiązanie problemu grzechu tak
naprawdę nie leży w naszych rękach. Najprawdopodobniej Jezus uczy, że grzech może nas posłać
do piekła, i aby go uniknąć, należy wyzbyć się pokus oraz tych rzeczy, które powodują, że się
potykamy.
Antropomorfizm
Trzecią figurą stylistyczną występującą w Biblii jest antropomorfizm. To wyrażenie
metaforyczne, przypisujące Bogu ludzkie atrybuty, abyśmy mogli lepiej Go zrozumieć. Na przykład
czytamy:
A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie (Rdz 11,5).
Jest to prawdopodobnie antropomorfizm, gdyż wydaje się dziwne, iż wszystko wiedzący Bóg
musiał dosłownie przebyć drogę z nieba do okolicy Babel, aby sprawdzić, co ludzie tam budują!
Wielu biblistów traktuje wszystkie wzmianki opisujące części Bożego ciała, jak ramiona, dłonie,
nos, oczy i włosy jako antropomorficzne. Z pewnością, powiadają, wszechmocny Bóg nie posiada
w rzeczywistości takich członków ciała jak ludzie.
Ja bym się jednak spierał, i to z kilku powodów. Po pierwsze, Biblia wyraźnie naucza, że
zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże:
A wreszcie rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam” (Rdz 1,26).
Ktoś może powiedzieć, że jesteśmy do Boga podobni w sensie posiadania samoświadomości,
poczucia moralnej odpowiedzialności, zdolności rozumowania itd. Przeczytajmy jednak
stwierdzenie bardzo podobne do Rdz 1,26, zapisane kilka rozdziałów dalej:
Gdy Adam miał sto trzydzieści lat, urodził mu się syn, podobny do niego jako jego obraz, i dał
mu imię Set (Rdz 5,3).
To z pewnością oznacza, że Set był podobny do ojca pod względem fizycznym. Jeśli takie jest
znaczenie Rdz 5,3, to identyczne stwierdzenie w Rdz 1,26 oznacza to samo. Zdrowy rozsądek i
uczciwa interpretacja podpowiadają, że tak jest.
Ponadto, mamy relacje biblijnych autorów, którzy Boga widzieli. Na przykład Mojżesz wraz z
73 innymi Izraelitami widział Boga:
Wstąpił Mojżesz wraz z Aaronem, Nadabem, Abihu i siedemdziesięciu starszymi Izraela.
Ujrzeli Boga Izraela, a pod Jego stopami jakby jakieś dzieło z szafirowych kamieni,
świecących jak samo niebo. Na wybranych Izraelitów nie podniósł On swej ręki, mogli przeto
patrzeć na Boga. Potem jedli i pili (Wj 24,9-11).
Gdyby zapytać Mojżesza, czy Bóg miał ręce i nogi, co by odpowiedział?2 Prorok Daniel również
miał wizję Boga Ojca oraz Boga Syna:
Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny [Bóg Ojciec] zajął miejsce. Szata jego była
biała jak śnieg, a włosy Jego głowy jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ognistych płomieni,
jego koła – płonący ogień. Strumień ognia się rozlewał i wypływał od Niego. Tysiąc tysięcy
służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim. Sąd zasiadł i otwarto
księgi… Patrzałem w nocnych widzeniach: a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn
Człowieczy [Bóg Syn]. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego.
Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy
i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo
nie ulegnie zagładzie (Dn 7,9-10. 13-14).
Gdyby zapytać Daniela, czy Bóg ma białe włosy i postać, która może zasiąść na tronie, co by
odpowiedział?
W związku z powyższym jestem przekonany, iż Bóg Ojciec ma chwalebną postać, niejako
podobną do postaci człowieka, choć nie jest z ciała i kości, ale jest Duchem (zob. J 4,24).
Jak rozeznać, które urywki Pisma Świętego należy interpretować dosłownie, a które przenośnie
czy symbolicznie? Dla kogoś, kto rozumuje logicznie powinno to być łatwe. Odczytuj wszystko
dosłownie, o ile nie istnieje żadna inna rozsądna alternatywa niż interpretacja przenośna lub
symboliczna danego tekstu. Na przykład księgi prorockie Starego Testamentu oraz Apokalipsa są
wyraźnie pełne symboliki, po części wyjaśnionej a po części nie. Ale symbolikę nietrudno
rozpoznać.
Zasada # 2: Czytaj w sposób związany z kontekstem. Każdy urywek należy interpretować
biorąc pod uwagę sąsiednie urywki oraz całą Biblię. A tam, gdzie to możliwe, należy też brać
pod uwagę kontekst historyczny oraz kulturowy.
Czytanie Biblii z pominięciem bezpośredniego oraz całościowego kontekstu jest główną
przyczyną błędnych interpretacji.
Wyrywając tekst biblijny z kontekstu można mu przypisać, cokolwiek chcemy. Czy wiemy, na
przykład, że zgodnie ze słowami Biblii Bóg nie istnieje? w Psalmie 14 czytamy: „Nie ma Boga”
(w.1). Jeśli jednak chcemy te słowa zinterpretować poprawnie, musimy je odczytać w ich
kontekście: „Rzekł głupiec w swoim sercu: Nie ma Boga”. Teraz werset ten nabiera zupełnie innego
znaczenia!
Inny przykład: Kiedyś słyszałem, jak kaznodzieja twierdził, iż chrześcijanie muszą zostać
„chrzczeni w ogniu”. Zaczął od przytoczenia słów Jana Chrzciciela z Mt 3,11: „Ja was chrzczę
wodą, abyście się opamiętali. Za mną zaś idzie mocniejszy ode mnie. Nie jestem godzien podać Mu
sandałów. On was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem.”
2. Mojżesz także widział kiedyś Boga z tyłu, kiedy Ten „przechodził”. Bóg zasłonił Mojżesza swoją ręką, by ten nie
zobaczył Jego twarzy, zob. Wj 33,18-23.
W oparciu o ten jeden wiersz zbudował całe kazanie. Mówił: – Sam chrzest w Duchu Świętym
nie wystarczy! Jezus chce także ochrzcić was w ogniu, tak jak głosił Jan Chrzciciel! – Dalej
wyjaśniał, że dopiero po „chrzcie w ogniu” będziemy pełni zapału do pracy dla Pana. Na koniec
wezwał do przodu tych, którzy chcieli zostać „ochrzczeniu w ogniu”.
Niestety, kaznodzieja popełnił klasyczny błąd, bo wyjął tekst z kontekstu.
O co chodziło Janowi Chrzcicielowi, gdy mówił, iż Jezus będzie chrzcił w ogniu? Aby znaleźć
odpowiedź wystarczy przeczytać dwa wersety poprzedzające oraz jeden następujący po tym
wersecie. Zacznijmy od dwóch poprzedzających, gdzie Jan powiedział:
… i nie łudźcie się, że możecie mówić sobie: Naszym Ojcem jest Abraham. Zapewniam was:
Bóg może nawet z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera jest przyłożona do
korzenia drzew. Każde więc drzewo, które nie rodzi dobrego owocu, zostanie wycięte i
wrzucone w ogień (w. 9-10).
Najpierw się dowiadujemy, iż wśród słuchaczy Jana byli Żydzi, którzy sądzili, iż zbawienie
opiera się na rodowodzie. A zatem jego kazanie było ewangelizacyjne.
Dowiadujemy się też, że Jan ostrzegał niezbawionych przed grożącym im niebezpieczeństwem
wtrącenia w ogień. Wydaje się rozsądne wnioskować, że „ogień”, o którym mówił w w. 10 jest tym
samym ogniem wspomnianym w w. 11. A staje się jeszcze klarowniejsze, gdy czytamy w. 12:
Ma On w ręku przetak i oczyści swoje klepisko: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali
w ogniu nieugaszonym.
Zarówno w w. 10 jaki i 12 Jan mówił o ogniu piekielnym. W w. 12 metaforycznie stwierdza, iż
Jezus rozdzieli ludzi na dwie grupy – pszenicę, którą „zbierze do spichlerza” oraz plewy, które spali
„w ogniu nieugaszonym”.
W świetle sąsiednich wersetów Jan musiał w w. 11 mówić, iż Jezus albo będzie chrzcić ludzi
Duchem Świętym, jeśli są wierzący, albo w ogniu, jeśli są niewierzący. Skoro tak, to nie można
głosić, że chrześcijanie potrzebują chrztu w ogniu!
Poza bezpośrednim kontekstem należy też spojrzeć na całość Nowego Testamentu. Czy
znajdziemy w Dziejach Apostolskich przykład, by chrześcijan „chrzczono w ogniu”? Nie.
Najbliższe temu jest opisanie przez Łukasza wydarzenie w dniu Pięćdziesiątnicy, kiedy to
uczniowie zostali ochrzczeni w Duchu Świętym, a nad ich głowami chwilowo ukazały się języki
ognia. Jednak Łukasz wcale nie mówi, iż był to „chrzest w ogniu”. A czy w Listach znajdziemy
napomnienie czy pouczenie, aby chrześcijan „chrzcić w ogniu”? Nie. Zatem ze spokojem możemy
przyjąć, iż wierzący nie powinni dążyć do chrztu w ogniu.
Fałszywa ewangelia wywiedziona z Biblii
Nierzadko kaznodzieje i nauczyciele błędnie przedstawiają ewangelię, ponieważ nie zwracając
uwagi na kontekst, przekręcają przesłanie Biblii. Z tego właśnie powodu szerzy się fałszywa nauka
odnośnie do Bożej łaski.
Na przykład do promowania fałszywej ewangelii posłużono się pawłowym stwierdzeniem, że
zbawienie jest z łaski a nie z uczynków w Ef 2,8-9:
Łaską przecież jesteście zbawieni przez wiarę. Nie od was więc to pochodzi, lecz jest darem
Boga. Nie z powodu uczynków, aby się nikt nie chlubił.
Wielu skupia się wyłącznie na wypowiedziach Pawła, iż zbawienie jest darem, z łaski, a nie
skutkiem uczynków. Na takiej podstawie, wbrew świadectwu wielu urywków biblijnych twierdzą,
iż nie ma żadnego powiązania pomiędzy zbawieniem a świętością. Niektórzy posunęli się aż tak
daleko, że nie uznają opamiętania jako koniecznego warunku zbawienia. Oto klasyczny przykład
błędnej interpretacji Biblii z powodu pomijania kontekstu.
Po pierwsze, rozważmy, co mówi powyższy tekst całości. Paweł nie mówi, iż zostaliśmy
zbawieni łaską, lecz łaską przez wiarę. Wiara stanowi taki sam element owego „równania
zbawienia” co łaska. Biblia twierdzi, iż wiara bez uczynków jest bezużyteczna, martwa i nie może
zbawić (zob. Jk 2,14-26). Paweł zatem nie uczy, by świętość była dla zbawienia nieistotna. Mówi,
że to nie nasze wysiłki nas zbawiają; podstawą zbawienia jest Boża łaska, bez niej nie moglibyśmy
zostać zbawieni. Ale dopiero gdy Bożą łaskę przyjmujemy wiarą, w naszym życiu faktycznie
dokonuje się zbawienie. Efektem zbawienia jest zawsze posłuszeństwo, czyli owoc szczerej wiary.
Potwierdza to już kontekst następnego wersetu:
Przez Niego bowiem zostaliśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, które
Bóg wcześniej przygotował, abyśmy w nich postępowali (w. 10).
Po to zostaliśmy odrodzeni przez Ducha Świętego i teraz jesteśmy nowym stworzeniem w
Chrystusie, aby „postępować w dobrych uczynkach posłuszeństwa”. Pawłowe równanie zbawienia
wygląda zatem następująco:
Łaska + Wiara = Zbawienie + Posłuszeństwo
Czyli łaska oraz wiara dają w sumie zbawienie i posłuszeństwo. Kiedy na Bożą łaskę reagujemy
wiarą, efektem jest zawsze zbawienie i dobre uczynki.
Jednakże ci, którzy odarli słowa Pawła z kontekstu, spreparowali coś takiego:
Łaska + Wiara - Posłuszeństwo = Zbawienie
Czyli łaska oraz wiara niepoparte posłuszeństwem dają zbawienie. Z biblijnego punktu widzenia
to herezja.
Jeśli przeczytamy nieco szerszy kontekst tych słów Pawła, odkryjemy, iż sytuacja w Efezie była
taka sama jak wszędzie tam, gdzie Paweł głosił. Mianowicie Żydzi kazali nowonawróconym
poganom obrzezać się oraz przestrzegać niektórych ceremonialnych aspektów Prawa
Mojżeszowego, jeśli chcą być zbawieni. I właśnie owo obrzezanie i ceremonialne uczynki miał
Paweł na myśli, gdy pisał o „uczynkach”, które nie potrafią nas zbawić (zob. Ef 2,11-22).
Jeśli obejmiemy szerszy kontekst całego listu Pawła do Efezjan, zobaczymy wyraźnie, iż Paweł
wierzył, że świętość jest niezbędna do zbawienia:
O nierządzie zaś, czy jakimkolwiek postępowaniu bezwstydnym lub chciwym, nawet nie
wspominajcie, jak przystoi świętym. Niestosowne są także nieprzyzwoite i głupie rozmowy
lub sprośne żarty. Bądźcie raczej pełni wdzięczności. To bowiem powinniście wiedzieć i
rozumieć, że ani człowiek rozwiązły ani bezwstydny, ani chciwy – to jest bałwochwalca – nie
otrzyma dziedzictwa w Królestwie Chrystusa i Boga. Niech was nikt nie zwodzi próżnymi
słowami, gdyż właśnie z ich powodu gniew Boży przychodzi na synów buntu [ang.
nieposłuszeństwa] (Ef 5,3-6).
Paweł nie napisałby tych słów, gdyby wierzył, że Boża łaska w końcu zbawi kogoś
nieodwracalnie niemoralnego, nieczystego czy chciwego. Zamierzone znaczenie słów Pawła,
zapisanych w Ef 2,8-9 można prawidłowo zrozumieć tylko w kontekście jego całego listu do
Efezjan.
Fiasko w Galacji
Słowa Pawła z listu do Galatów również bywały błędnie interpretowane w oderwaniu od
kontekstu. Efektem było zniekształcanie ewangelii, a właśnie to Paweł chciał skorygować w swoim
liście.
Naczelnym tematem listu jest „zbawienie przez wiarę, a nie dzięki uczynkom Prawa”. Czy
jednak Paweł chciał, by czytelnicy doszli do wniosku, iż świętość nie jest koniecznym warunkiem
wstępu do nieba? Na pewno nie.
Po pierwsze zauważamy, iż ponownie spiera się z Żydami, którzy przybyli do Galacji i nauczali
nowonawróconych, że nie mogą być zbawieni bez obrzezania i zachowywania Prawa
Mojżeszowego. Zwłaszcza kwestię obrzezania Paweł wielokrotnie porusza w tym liście (zob. 2,3.
7-9. 12; 5,2-3.6.11; 6,12-13.15). Nie martwi się, że tamtejsi wierzący zbyt gorliwie przestrzegają
przykazań Chrystusa; niepokoi go, iż w kwestii swego zbawienia nie pokładają już zaufania tylko w
Chrystusie, lecz w obrzezaniu i własnych nieudolnych próbach przestrzegania Prawa
Mojżeszowego.
Biorąc pod uwagę pełny kontekst listu Pawła do Galicjan, zauważamy iż w rozdziale 5 pisze:
Jeśli jednak pozwalacie prowadzić się duchowi, nie jesteście pod panowaniem Prawa. Znane
są uczynki, jakie rodzą się z ciała. Są nimi: cudzołóstwo, nieczystość, wyuzdanie,
bałwochwalstwo, magia, nienawiść, spór, zawiść, gniew, intrygi, niezgoda, rozłamy, zazdrość,
pijaństwo, hulanki i tym podobne. O nich wam mówię, tak jak już wcześniej powiedziałem,
że ci, którzy takie czyny popełniają, nie odziedziczą Królestwa Boga (w. 18-21).
Gdyby Paweł chciał przekazać Galacjanom, że mogą pójść do nieba nie będąc świętymi, to by
takich słów nie napisał. Nie twierdził, że ludzie nieświęci pójdą do nieba, lecz że ci, którzy
unieważniają Bożą łaskę oraz ofiarę Chrystusa, starając się zasłużyć na zbawienie obrzezaniem i
zachowywaniem Mojżeszowego Prawa, nie mogą zostać zbawieni. Nie obrzezanie daje nam
zbawienie, ale wiara w Jezusa, skutkująca zbawieniem, które zmienia wierzących w święte nowe
stworzenia:
Ani bowiem obrzezanie nic nie znaczy, ani nieobrzezanie, lecz tylko nowe stworzenie (Ga
6,15).
Wszystko to pokazuje, jak ważne jest uwzględnienie kontekstu przy interpretowaniu Biblii.
Ewangelię można wykrzywić za pomocą Bożego Słowa jedynie przez zignorowanie kontekstu.
Zastanawiam się tylko nad sercami „kaznodziejów”, którzy czynią to tak wyraźnie, że trudno się
oprzeć wrażeniu, iż robią to świadomie.
Kiedyś na przykład słyszałem, jak kaznodzieja twierdził, iż głosząc ewangelię nie należy
wspominać o Bożym gniewie, gdyż Biblia uczy, że „dobroć Boga prowadzi cię do nawrócenia” (Rz
2,4). Według niego właściwym sposobem zwiastowania ewangelii jest mówienie jedynie o Bożej
miłości i dobroci. To ma rzekomo prowadzić ludzi do opamiętania.
Czytając jednak kontekst owego pojedynczego wersetu, zacytowanego przez kaznodzieję,
odkryjemy, że jest „obłożony” tekstami mówiącymi o Bożym gniewie i sądzie! Bezpośredni
kontekst wskazuje, iż nie jest możliwe, aby Paweł miał na myśli to, o czym mówił kaznodzieja:
Wiemy zaś, że zgodny z prawdą sąd Boga spotyka tych, którzy tak postępują. A może liczysz
na to, człowieku, który sądzisz tych, co tak postępują, a czynisz to samo, że unikniesz sądu
Boga? A może lekceważysz bogactwo Jego dobroci i cierpliwości, i wielkoduszności,
zapominając o tym, że dobroć Boga prowadzi cię do nawrócenia? Tak więc z powodu Twojej
zatwardziałości i niezdolnego do nawrócenia serca, gromadzisz nad sobą gniew na dzień
gniewu i objawienia sprawiedliwego sądu Boga, który odda każdemu według jego czynów:
tym, którzy wytrwale czynią dobrze, dążą do chwały i szacunku, i nieśmiertelności, da życie
wieczne, tym natomiast, którzy powodowani samolubną rywalizacją nie przyjmują prawdy, a
ulęgają nieprawości – gniew i złość; utrapienie i ucisk każdemu człowiekowi, który czyni zło,
najpierw Żydowi, potem Grekowi (Rz 2,2-9).
Pawłowe odniesienie do dobroci dotyczy dobroci, jaką Bóg okazuje, powstrzymując swój gniew!
Zastanawiające jest, jak pastor mógł wypowiedzieć tak absurdalne stwierdzenie, kiedy w szerszym
biblijnym kontekście często czytamy o kaznodziejach publicznie wzywających słuchaczy do
opamiętania.
Biblijna konsekwencja
Ponieważ Biblia powstała z inspiracji jednej Osoby, jej przesłanie jest w pełni konsekwentne.
Dlatego możemy zaufać, iż kontekst pozwoli nam tak zinterpretować znaczenie każdego urywka,
jak to zamierzył Bóg. On nie powiedziałby w jednym wersecie czegoś, co byłoby sprzeczne z
treścią innego, a jeśli pozornie tak to wygląda, musimy tak długo się w nią zagłębiać, aż nasza
interpretacja obydwu będzie spójna. W Kazaniu na Górze w kilku miejscach na pierwszy rzut oka
wydaje się, iż Jezus zaprzecza, a nawet koryguje starotestamentowe prawo moralne. Na przykład:
Wiecie, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb. A Ja wam powiadam: Nie szukajcie odwetu
na tym, kto was skrzywdził. Temu, kto cię uderzy w prawy policzek, pozwól uderzyć się i w
lewy (Mt 5,38-39).
Jezus zacytował Prawo Mojżeszowe, a następnie wypowiedział coś, co wydało się temu prawu
zaprzeczać. Jak zinterpretować Jego słowa? Czy Bóg zmienił zdanie w kwestii moralności? Czy
zemsta w ramach starego przymierza była do przyjęcia, a w nowym już nie? Pomoże nam tutaj
kontekst.
Jezus mówił przede wszystkim do swych uczniów (zob. 5,1-2), którzy wcześniej stykali się z
Bożym Słowem jedynie za pośrednictwem nauczycieli zakonu i faryzeuszy, nauczających w
synagogach. Tam słyszeli: „Oko za oko i ząb za ząb”, czyli przykazanie, którego znaczenie
nauczający przekręcili pomijając kontekst. Bóg nie chciał, aby to przykazanie interpretowano jako
wymóg i żeby Jego lud zawsze wywierał zemstę za drobne przewinienia. W Prawie Mojżeszowym
powiedział, że pomsta należy do Niego (zob. Pwt 32,35), a Jego lud winien wyświadczać dobro
nawet swoim wrogom (zob. Wj 23,4-5). Jednak nauczyciele zakonu i faryzeusze ignorowali te
przykazania i wymyślili własną interpretację Bożego prawa, czyli „oko za oko”, co dawało im
wygodne prawo do osobistej zemsty.3 Pominęli kontekst.
Boży nakaz mówiący: „oko za oko i ząb za ząb” znajduje się w kontekście Jego przykazań
określających wymierzanie słusznej sprawiedliwości w izraelskich sądach (zob. Wj 21,22-24; Pwt
19;15-21). Ustanowienie systemu sądownictwa samo w sobie ujawnia Bożą dezaprobatę wobec
osobistej zemsty. Bezstronni sędziowie, którzy rozpatrują dowody, są o wiele bardziej zdolni do
wymierzania sprawiedliwości niż poszkodowani, stronniczy ludzie. Bóg oczekuje, iż sądy i
sędziowie będą orzekali kary bezstronnie, stosownie do przestępstw. Stąd „oko za oko i ząb za ząb”.
Wobec powyższego możemy pogodzić to, co początkowo wydało się sprzeczne. Jezus po prostu
pomagał słuchaczom, którzy przez całe życie byli poddawani błędnej nauce, zrozumieć Bożą
faktyczną wolę co do osobistej odpłaty. Wcześniej zostało to już objawione w Prawie
Mojżeszowym, ale faryzeusze to przekręcili. Jezus nie sprzeciwiał się Prawu nadanemu przez
Mojżesza. Wyjawiał tylko jego pierwotne znaczenie.
To pomaga również nam właściwie zrozumieć, czego Jezus oczekuje od nas w kwestii
poważnych sporów, jakie mogą doprowadzić ludzi do sądu. Bóg nie oczekiwał, że Izraelici będą
ignorować każdą krzywdę zadaną przez bliźnich, inaczej nie ustanowiłby systemu sądownictwa.
Podobnie Bóg nie oczekuje, by chrześcijanie pomijali każde przewinienie swoich współbraci (lub
niewierzących). Nowy Testament zaleca, by chrześcijanie nie mogący się pogodzić uciekali się do
mediacyjnej pomocy innych wierzących (zob. 1Kor 6,1-6). I nie ma nic złego w tym, że
chrześcijanin pozwie do sądu osobę niewierzącą w przypadku sporu lub poważnej krzywdy, jak
wybicie oka lub zęba! Przestępstwa drobne to takie, jak wspomniane przez Jezusa spoliczkowanie
czy prawowanie się o drobną rzecz (na przykład koszulę), albo przymuszenie do przejścia jednej
mili. Bóg chce, aby Jego lud Go naśladował i okazywał niezwykłą łaskę bezmyślnym grzesznikom
i ludziom złym.
Kierując się powyższą zasadą niektórzy szczerzy wierzący w przekonaniu, że są posłuszni
Jezusowi, nie wnoszą oskarżenia przeciwko tym, którzy ich okradali. Uważają, że „nadstawiają
3. Należy zauważyć, iż Jezus wcześniej powiedział w kazaniu, że jeśli sprawiedliwość Jego słuchaczy nie będzie
doskonalsza niż nauczycieli Prawa i faryzeuszy, nie wejdą do Królestwa Niebios (zob. Mt 5,20). Jezus następnie
napiętnował kilka konkretnych błędów nauczycieli Prawa i faryzeuszy.
drugi policzek”, podczas gdy w rzeczywistości pozwalali złodziejowi kraść dalej. Utrzymują go w
przekonaniu, że za przestępstwo nie ponosi się konsekwencji. Tacy chrześcijanie nie „chodzą w
miłości” wobec tych, których ten złodziej okradnie! Bóg chce, żeby złodziejowi wymierzono
sprawiedliwość i aby się opamiętał. Lecz jeśli ktoś skrzywdzi cię w stopniu niewielkim, na przykład
uderzając cię w policzek, nie ciągaj go po sądach, by mu oddać. Okaż mu miłosierdzie i miłość.
Interpretowanie Starego w świetle Nowego
Powinniśmy nie tylko interpretować teksty nowotestamentowe biorąc pod uwagę Stary
Testament, ale też zawsze interpretować teksty starotestamentowe w świetle Nowego Testamentu.
Na przykład jakiś szczery wierzący przeczyta o mojżeszowych zasadach żywieniowych i dojdzie do
wniosku, że chrześcijanie także powinni stosować ową dietę. Gdyby przeczytał choćby dwa urywki
Nowego Testamentu, odkryłby, iż mojżeszowe zasady żywieniowe nie dotyczą tych, których
obowiązuje Nowe Przymierze:
[Jezus] odpowiedział im: Czy i wy tego nie rozumiecie? Czy nie dostrzegacie, że to, co z
zewnątrz dostaje się do człowieka, nie może go uczynić skalanym, bo nie wchodzi do jego
serca, lecz do żołądka i jest wydalane na zewnątrz, oczyszczając wszystkie pokarmy? (W ten
sposób uznał wszystkie pokarmy za czyste – Mk 7,18-19).
Duch zaś wyraźnie mówi, że w ostatecznych czasach niektórzy odejdą od wiary, dając posłuch
zwodniczym duchom i naukom demonów, zwodzeni przez kłamców, którzy pozwolili wypalić
własne sumienie. Zabraniają oni wstępowania w związki małżeńskie i spożywania pokarmów,
które Bóg stworzył dla wiernych i uznających prawdę, aby były przyjmowane z
wdzięcznością. Wszystko bowiem, co Bóg stworzył, jest dobre i nie należy odrzucać niczego,
lecz przyjmować z wdzięcznością, bo jest uświęcone przez Słowo Boga i modlitwę (1Tm 4,1-
5).
W ramach nowego przymierza nie podlegamy Prawu Mojżesza, ale Chrystusa (zob. 1Kor 9,20-
21). Chociaż Jezus bezsprzecznie potwierdził moralne aspekty Prawa Mojżeszowego (włączając je
w ten sposób w zakres Prawa Chrystusowego), to ani On sam ani apostołowie nie zobowiązali
chrześcijan do zachowywania mojżeszowych zasad żywieniowych.
Pierwsi chrześcijanie, będący wszyscy nawróconymi Żydami, nadal zachowywali zasady
żywieniowe dawnego przymierza ze względu na osobiste przekonania (zob. Dz 10,9-14). I kiedy
pierwsi poganie nawrócili się do Jezusa, owi żydowscy chrześcijanie kazali im przestrzegać tych
samych zasad żywieniowych, przez wzgląd na sąsiadujących Żydów, których mogliby zgorszyć
(zob. Dz 15,1-21). Zachowywanie przez chrześcijan żydowskich zasad żywieniowych nie jest
niczym złym, o ile nie są przekonani, iż przestrzeganie tych zasad ich zbawi.
Niektórzy pierwsi chrześcijanie także uważali, że nie wolno jeść mięsa ofiarowanego wcześniej
bożkom. Paweł pouczył wierzących, którzy (tak jak on) sądzili inaczej, by kierowali się miłością
wobec swoich braci „słabszych w wierze” (zob. Rz 14,1) i nie robili niczego, co mogłoby wzburzyć
ich sumienie. Jeśli ktoś wystrzega się spożywania pokarmów z przekonania, i czyni to przed
Bogiem (nawet jeśli te przekonania są nieuzasadnione), za swoje oddanie godzien jest pochwały, a
nie potępienia za to, że ma niewłaściwe zrozumienie. Podobnie ci, którzy powstrzymują się od
pewnych pokarmów z osobistego przekonania, nie powinni osądzać tych, którzy tego nie czynią.
Obie grupy mają okazywać sobie wzajemną miłość, bo jest to nakaz samego Boga (zob. Rz 14,1-
23).
Ponieważ Biblia zawiera objawienie postępujące, zawsze powinniśmy objawienie starsze (Stary
Testament) interpretować przez pryzmat objawienia nowego (Nowego Testamentu). Żadne dane
przez Boga objawienie nie jest sprzeczne z innymi; zawsze je dopełnia.
Kontekst kulturowy i historyczny
Tam, gdzie to możliwe, należy wziąć pod uwagę kulturowy oraz historyczny kontekst
studiowanych urywków. Wiedza o pewnych aspektach kulturowych, geograficznych i
historycznych biblijnego tekstu pomaga w uzyskaniu wglądu, jaki inaczej byłby niemożliwy.
Wymaga to oczywiście dostępu do innych książek poza Biblią. W języku angielskim dostępne są
poszerzone wersje Biblii, zawierające dobre pomoce do studiowania.
Oto kilka przykładów, jak historyczna lub kulturowa wiedza może nas ustrzec przed błędami w
rozumieniu Biblii:
1) Czytamy na przykład o tym, że ludzie wchodzili na dachy domów (zob. Dz 10,9) lub
przedostawali się do środka przez sufit (zob. Mk 2,4). Dobrze jest wiedzieć, że w czasach
biblijnych dachy w Izraelu były zasadniczo płaskie, i prowadziły do nich schody na zewnątrz
budynku. Jeśli o tym nie wiemy, możemy pomyśleć, jak jakiś biblijny bohater balansuje na szczycie
dachu i wchodzi przez komin!
2) W Ewangelii Marka 11,12-14 czytamy, że Jezus przeklął drzewo figowe, bo nie miało
owoców, chociaż „nie był to czas na figi”. Pomocna może być wiedza, iż na drzewach figowych
zwykle można znaleźć kilka fig nawet poza sezonem, zatem oczekiwania Jezusa były uzasadnione.
3) W Ewangelii Łukasza 7,37-48 czytamy o kobiecie, która weszła do domu faryzeusza, kiedy
Jezus spożywał tam posiłek. Biblia mówi, że stojąc z tyłu za Jezusem płakała i łzami zwilżała Jego
stopy, a potem ocierała je włosami, całowała i namaszczała wonnym olejkiem. Można się
zastanawiać, jak to było możliwe, skoro Jezus siedział przy stole. Jak zdołała się przecisnąć
pomiędzy nogami pozostałych biesiadników?
Odpowiedź znajduje się w stwierdzeniu Łukasza, iż Jezus „położył się przy stole” (w. 36,
Przypis). W tamtych czasach zwykle jedzono leżąc na podłodze na jednym boku wokół niskiego
stołu. Jedną ręką, się podpierano, drugiej używano do sięgania po jedzenie. W takiej pozycji Jezus
został przez ową kobietę uczczony.
To pomaga też zrozumieć, jak podczas Ostatniej Wieczerzy Jan mógł się położyć na piersi
Jezusa i osobiście zadać mu pytanie (zob. J 13,23-25). Słynny obraz Leonarda da Vinci „Ostatnia
Wieczerza” ukazujący Jezusa siedzącego przy stole w towarzystwie uczniów, po sześciu po każdej z
Jego strony, ujawnia nieznajomość biblijnych realiów przez malarza. Kontekst historyczny jest
niezbędny!
Powszechne pytania o ubiór
Pastorzy na całym świecie zadają mi często jedno pytanie: – Czy chrześcijankom przystoi nosić
spodnie, zważywszy na biblijny zakaz noszenia przez kobiety strojów męskich?
Jest to dobre pytanie, na które można odpowiedzieć stosując zdrowe zasady interpretacji oraz
uwzględniając kontekst kulturowy.
Po pierwsze, przyjrzyjmy się biblijnemu zakazowi noszenia przez kobiety strojów męskich (i
odwrotnie):
Kobieta nie będzie nosiła ubioru mężczyzny ani mężczyzna ubioru kobiety; gdyż każdy, kto
tak postępuje, obrzydliwy jest dla Pana, Boga swego (Pwt 22,5).
Należy zacząć od pytania: – Jaka intencja przyświecała Bogu, kiedy dawał to przykazanie? –
Czy chciał kobietom zabronić noszenia spodni?
Nie, nie to było Jego intencją, ponieważ wówczas w Izraelu nikt spodni nie nosił. Spodnie nie
były ubiorem męskim, bo jeszcze ich wówczas nie znano. Właściwie to, co w czasach biblijnych
nosili mężczyźni, dzisiaj potraktowalibyśmy jako strój kobiecy! Oto odrobina historycznego i
kulturowego tła, które pomoże nam prawidłowo zinterpretować to, o co Bogu chodzi.
Jaki więc był Jego zamiar?
Czytamy, że każdy, kto nosił ubiór przedstawiciela płci przeciwnej, był obrzydliwością dla Pana.
Brzmi to dość poważnie. Jeśli mężczyzna na trzy sekundy założy na głowę damską chustkę, czy
przez to staje się obrzydliwością dla Boga? Bardzo wątpliwe.
Bardziej prawdopodobne wydaje się, iż Bóg był przeciwny temu, by ludzie świadomie ubierali
się w taki sposób, by uchodzić za osobę płci przeciwnej. Ale dlaczego ktoś miałby to robić? Po to,
by uwieść jakąś osobę tej samej płci, co jest perwersją seksualną, zwaną transwestytyzmem. Jest
więc zrozumiałe, iż to byłoby dla Boga obrzydliwością.
Zatem na podstawie Pwt 22,5 można słusznie stwierdzić, że kobiecie wolno nosić spodnie, o ile
nie robi tego jako transwestytka. Jeśli wciąż wygląda jak kobieta, nie grzeszy nosząc spodnie.
Oczywiście, Biblia uczy, iż kobiety powinny ubierać się skromnie (zob. 1Tm 2,9), a więc
spodnie ciasne, uwypuklające kształty, są nieodpowiednie (podobnie jak obcisłe sukienki i
spódniczki), gdyż mogą wywoływać w mężczyznach pożądanie. Ubrania noszone publicznie przez
kobiety w krajach zachodnich są w większości całkowicie niestosowne. W krajach rozwijających
się takie odzienie noszą tylko prostytutki. Żadna chrześcijanka nie powinna publicznie ubierać się
tak wyzywająco, by uchodzić za „seksowną”.
Jeszcze kilka myśli
Ciekawe, że pastorzy w Chinach nigdy nie zadawali mi pytań dotyczących noszenia spodni
przez kobiety. Pewnie dlatego, że większość tamtejszych kobiet od dłuższego czasu je nosi. Pytanie
to zadawali tylko pastorzy w krajach, gdzie kobiety w większości spodni nie noszą. Widać w tym
specyficzne kulturowe „odchylenie”.
Interesujące, że podobnego pytania nie zadawały mi pastorki w Myanmar, gdzie tradycyjnie
mężczyźni noszą coś, co nazwalibyśmy spódnicą, oni zaś zwą to longgi. Forma kobiecego i
męskiego ubioru różni się w różnych kulturach, trzeba więc uważać, by na tekst biblijny nie
nakładać własnego kulturowego zrozumienia.
Na koniec zastanawiam się, dlaczego tak wielu mężczyzn opierając się na Pwt 22,5, sprzeciwia
się noszeniu spodni przez kobiety, a jednocześnie nie czuje się w obowiązku stosować wobec siebie
Kpł 19,27:
„Nie będziecie obcinać w kółko włosów na głowie. Nie będziesz golił włosów po bokach
brody.”
Jak mężczyźni, którzy wbrew powyższemu zakazowi całkowicie golą dane im przez Boga
brody, wyraźnie odróżniające ich od kobiet, śmią oskarżać kobiety noszące spodnie o to, ze próbują
wyglądać na mężczyzn? To wydaje się nieco obłudne!
Drobna informacja historyczna pomaga zrozumieć intencję wersetu z Księgi Kapłańskiej 19,27.
Obcinanie bokobrodów stanowiło bałwochwalczy rytuał pogański. Bóg nie chciał, aby Jego lud
wyglądał na czcicieli pogańskich bożków.
Kto to mówi?
Zawsze zwracajmy uwagę, kto się wypowiada w danym urywku biblijnym, gdyż taka
informacja kontekstowa pomoże nam poprawnie go zinterpretować. Chociaż cała Biblia jest
natchniona, to nie wszystko w Biblii jest natchnionym Słowem Bożym. Co mam na myśli?
W wielu biblijnych tekstach zapisane są nienatchnione słowa ludzi. Nie myślmy zatem, że
wszystkie wypowiedziane tam przez ludzi słowa są zainspirowane przez Boga.
Na przykład niektórzy popełniają błąd cytując wypowiedzi Hioba i jego przyjaciół, jak gdyby
były one natchnione przez Boga. Jest to błędne z dwóch powodów. Po pierwsze, Hiob oraz jego
przyjaciele na przestrzeni 34 rozdziałów spierali się. Wypowiadali sprzeczne poglądy i bez
wątpienia nie wszystko, co mówili, było Słowem natchnionym, ponieważ Bóg nie przeczy samemu
sobie.
Po drugie, pod koniec księgi przemawia sam Bóg i karci zarówno Hioba jak i jego przyjaciół za
wypowiadanie sądów, które nie były słuszne (zob. Hi r. 38 – 42).
Podobną ostrożność musimy zachować czytając Nowy Testament. W kilku przypadkach Paweł
wyraźnie stwierdza, że pewne fragmenty jego listów wyrażają jego własną opinię (zob. 1Kor
7,12.25-26.40).
Do kogo te słowa są skierowane?
Powinniśmy nie tylko pytać, kto mówi w danym biblijnym urywku, ale też do kogo. Inaczej
błędnie weźmiemy do siebie słowa wcale do nas nie skierowane, albo uznamy, że coś nie odnosi się
do nas, podczas gdy istotnie jest skierowane do nas.
Na przykład niektórzy powołują się na obietnicę z Psalmu 34, uważając ją za własną:
On spełni pragnienia twego serca (Ps 37,4).
Ale czy ta obietnica rzeczywiście dotyczy każdego, kto ją czyta lub zna? Nie, bo jeśli
przeczytamy kontekst, stwierdzimy, że dotyczy tych ludzi, którzy spełniają pięć warunków:
Ufaj Panu i czyń dobrze, mieszkaj w swej ziemi i bądź jej wierny. Zaufaj Panu [ang. rozkoszuj
się Panem], a On spełni pragnienia twego serca (Ps 37,3-4).
Widzimy więc, jak ważnym jest wziąć pod uwagę, kto jest adresatem danych słów.
Oto kolejny przykład:
Wtedy Piotr odezwał się do Niego: Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą. Jezus
odpowiedział: Zapewniam was, kto ze względu na Mnie i na Ewangelię opuścił dom, braci,
siostry, matkę, ojca, dzieci lub pola, otrzyma już teraz, w tym czasie, stokrotnie więcej
domów, braci, sióstr, ojców, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a w przyszłości życie
wieczne (Mk 10,28-30).
W niektórych kręgach bardzo popularne jest powoływanie się na „stokrotny zwrot” w
przypadku łożenia pieniędzy na wspieranie głoszenia ewangelii. Ale czy ta właśnie obietnica ich
dotyczy? Nie, bo skierowana jest do ludzi, którzy faktycznie opuszczają rodziny, pola lub domy,
aby głosić ewangelię, jak to uczynił Piotr, który zapytał Jezusa, jaka nagroda czeka za to jego oraz
innych uczniów.
Co ciekawe, ci którzy ciągle głoszą o stokrotnym zwrocie, skupiają się głównie na domach i
polach, a nigdy na dzieciach czy prześladowaniach, które także są obiecane! Jezus oczywiście nie
obiecywał, że ci, którzy opuszczają swoje domy, otrzymają w nagrodę prawo własności stu innych
domów. Obiecywał, że kiedy opuszczą własne rodziny i domy, członkowie ich nowych rodzin
duchowych otworzą przed nimi swoje domy. Prawdziwi uczniowie nie dbają o własność, ponieważ
sami nic nie posiadają, są tylko zarządcami tego, co należy do Boga.
Ostatni przykład
Kiedy wierzący czytają Jezusowy „Wykład na Górze Oliwnej”, zapisany w Ewangelii Mateusza
r. 24 – 25, niektórzy błędnie sądzą, iż przemawiał do ludzi niezbawionych. Mylą się zatem
wnioskując, że Jego słowa nie odnoszą się do nich. Czytają przypowieść o niewiernym słudze oraz
o dziesięciu pannach, jak gdyby były skierowane do niewierzących. Ale jak już wskazałem,
adresatami obu byli najbliżsi uczniowie Jezusa (zob. Mt 24,3; Mk 13,3). Jeśli zatem Piotr, Jakub,
Jan i Andrzej potrzebowali ostrzeżenia przed ewentualnym brakiem gotowości w chwili powrotu
Jezusa, to na pewno my także. Ostrzeżenia Jezusa w powyższym tekście dotyczą wszystkich
wierzących, nawet tych, którzy nie zauważają, do kogo Jezus przemawiał.
Zasada # 3: Czytaj uczciwie. Nie przykładaj do tekstu własnej teologii. Jeśli to, co czytasz,
nie zgadza się z twoim przekonaniem, nie zmieniaj Biblii; zmień swoje przekonania.
Każdy z nas podchodzi do Biblii z jakimiś gotowymi założeniami, dlatego często tak trudno
czytać ją uczciwie. W efekcie wciskamy swoje przekonania w tekst biblijny zamiast pozwalać
Biblii kształtować naszą teologię. Bywa, że wyszukujemy teksty, które potwierdzą naszą doktrynę,
a pomijamy inne, sprzeczne z naszymi przekonaniami. To się nazywa „dowodzenie tekstem”.
Niedawno natknąłem się na przypadek „teologizacji” tekstu. Kaznodzieja przeczytał najpierw
znane słowa Jezusa, z Mt 11,28-29:
Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie
Moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie
dla waszych dusz.
Następnie wyjaśniał, że Jezus oferuje dwa różne rodzaje ukojenia. Pierwszym jest (rzekomo)
ukojenie w zbawieniu (w. 28), a drugim – ukojenie w uczniostwie (w. 29). Pierwsze otrzymujemy
przychodząc do Jezusa, drugie – poddając się Jemu jako Panu przez wzięcie Jego jarzma.
Ale czy o to chodziło Jezusowi? Nie. Jest to przypisywanie znaczenia, którego tekst wcale
nawet nie sugeruje. Jezus nie mówił, że oferuje dwa rodzaje ukojenia. Oferował tylko jedno, dla
utrudzonych i obciążonych, a jedyną drogą, by go otrzymać jest wziąć na siebie jarzmo Jezusa,
czyli poddać się Jemu. Takie jest oczywiste znaczenie słów Jezusa.
Skąd taka interpretacja u owego kaznodziei? Ponieważ oczywiste znaczenie urywka nie
pasowało do jego przekonań, według których istnieją dwa rodzaje ludzi idących do nieba: wierzący
i uczniowie. Dlatego nie zinterpretował tekstu uczciwie.
Jak wykazywaliśmy już wcześniej, taka interpretacja nie pasuje do kontekstu całej nauki Jezusa.
Nowy Testament nigdzie nie mówi o dwóch rodzajach chrześcijan: wierzących i uczniach. Wszyscy
prawdziwi wierzący są uczniami. Ci, którzy nie są uczniami, nie są ludźmi wierzącymi. Uczniostwo
to owoc szczerej wiary.
Czytajmy Biblię czystym sercem, uczciwie, a efektem będzie głębsze oddanie i posłuszeństwo
Chrystusowi.
Służba nauczania
W tym rozdziale rozważymy różne aspekty posługi nauczania. Nauczanie jest obowiązkiem
apostołów, proroków, ewangelistów,1 pastorów/starszych/przełożonych, nauczycieli (oczywiście)
oraz, do pewnego stopnia, wszystkich naśladowców Chrystusa, ponieważ wszyscy winniśmy
pozyskiwać uczniów, ucząc ich przestrzegać wszystkiego, co nakazał Chrystus.2
Jak podkreślałem wcześniej, pastor czy kaznodzieja pozyskuje uczniów przede wszystkim
swoim przykładem, a także słowem. Głosi to, co praktykuje. Apostoł Paweł, niezmiernie skuteczny
w pozyskiwaniu uczniów, napisał:
Stańcie się moimi naśladowcami, jak i ja jestem naśladowcą Chrystusa (1Kor 11,1).
Każdy sługa Pański, powinien móc powiedzieć tym, którymi przewodzi: – Postępujcie tak jak ja.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak żyje naśladowca Chrystusa, patrzcie na mnie.
Dla porównania przytoczę, co mówiłem członkom poprzedniego kościoła, gdzie pastorowałem:
– Nie naśladujcie mnie… ale Chrystusa! – Chociaż wtedy to do mnie nie docierało, przyznawałem
się, iż nie jestem dobrym przykładem do naśladowania. Stwierdzałem, że nie naśladuję Chrystusa
tak jak powinienem, a ludziom kazałem robić to, czego sam nie robiłem! Cóż za rozdźwięk w
porównaniu ze słowami Pawła. Jeśli tak naprawdę nie możemy powiedzieć ludziom, aby szli w
nasze ślady, ponieważ my naśladujemy Chrystusa, to nie powinniśmy pełnić służby w kościele,
gdyż pastor jest dla ludzi wzorcem. Kościół jest odbiciem swoich liderów.
Nauczanie jedności na własnym przykładzie
Zastosujmy tę koncepcję nauczania w odniesieniu do konkretnego tematu: jedności. Wszyscy
pastorzy/starsi/przełożeni pragną w swoim kościele jedności. Nie znoszą wewnętrznych podziałów.
Wiedzą, że Bóg nie lubi rozłamów. W końcu Jezus przykazał nam miłować jedni drugich tak, jak
1. Głoszenie ewangelii przez ewangelistów należy uważać za pewną formę nauczania, ci zaś muszą bezsprzecznie
zwiastować ewangelię zgodną z Biblią.
2. Nie wszyscy wierzący mają obowiązek nauczać publicznie większe grupy ludzi, jednak na każdym, w trakcie
pozyskiwania uczniów, spoczywa odpowiedzialność nauczania na zasadzie jeden na jeden (zob. Mt 5,19; 28,19-20; Kol
3,16; Hbr 5,12).
On nas umiłował (zob. J 13,34-35). Nasza wzajemna miłość wyróżnia nas jako Jego uczniów w
oczach świata. Dlatego też większość liderów wzywa swoich wiernych, by dążyli do jedności i
wzajemnie się miłowali.
Jednak jako słudzy Boży, którzy powinni nauczać przede wszystkim swoim przykładem, często
sami w tej dziedzinie zawodzimy, wykazując brak braterskiej miłości i jedności z innymi pastorami.
„Wysyłamy wiadomość” sprzeczną z tym, co głosimy do swoich ludzi. Oczekujemy, by robili to,
czego nie robimy sami.
Właściwie najważniejsze słowa wypowiedziane przez Jezusa na temat jedności były skierowane
do liderów i dotyczyły ich kontaktów z innymi liderami. Na przykład podczas Ostatniej Wieczerzy,
po umyciu uczniom nóg, Jezus powiedział do nich:
Wy nazywacie Mnie Nauczycielem i Panem, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeśli więc Ja,
Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi.
Dałem wam przykład, abyście i wy czynili, co Ja wam uczyniłem (J 13,13-15). [Zauważmy,
że Jezus uczył własnym przykładem.]
Pastorzy często posługują się tym urywkiem Pisma, nauczając członków swojego kościoła o
wzajemnej miłości, co jest na pewno słuszne. Jednak te słowa były skierowane do liderów, do
dwunastu apostołów. Jezus wiedział, iż Jego Kościół ma niewielkie szanse powodzenia, jeśli jego
liderzy będą podzieleni lub będą ze sobą rywalizować. Dlatego podkreślił, że oczekuje, aby liderzy
Jego Kościoła pokornie służyli sobie nawzajem.
W ówczesnym kontekście kulturowym Jezus zademonstrował, na czym polega pokorna służba,
wykonując najpośledniejsze zajęcie domowego niewolnika, jakim było umywanie nóg. W innej
kulturze, w innym okresie historii może opróżniałby latryny albo czyścił pojemniki na śmieci
swoich uczniów. Ilu współczesnych liderów jest gotowych zademonstrować taki rodzaj miłości i
pokory wobec drugich?
W ciągu niecałej godziny Jezus ponownie podkreślił to ważne przesłanie. Zaraz po umyciu ich
nóg, Jezus powiedział do przyszłych liderów Kościoła:
Nowe przykazanie wam daję, abyście się wzajemnie miłowali. Jak Ja was umiłowałem, tak i
wy miłujcie jedni drugich. Po tym wszyscy poznają, że jesteście Moimi uczniami, jeśli
będziecie się wzajemnie miłowali (J 13,34-35).
Te słowa z pewnością odnoszą się do wszystkich uczniów Chrystusa, ale zostały wypowiedziane
do liderów w odniesieniu do ich relacji z innymi liderami.
Zaraz potem Jezus rzekł:
Takie jest Moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem. Nikt
nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś daje swoje życie za swoich przyjaciół (J 15,12-13).
Zauważmy, że i tutaj Jezus zwracał się do liderów.
Nie minęło kilka chwil, a On:
To wam, przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali (J 15,17).
Następnie uczniowie słyszeli, jak Jezus się za nich modli:
Już nie jestem na świecie, ale oni są na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze święty, zachowaj ich
w Twoim imieniu, które mi dałeś, aby byli jedno, jak my (J 17,11).
I wreszcie, nieco później, usłyszeli dalsze słowa modlitwy:
Nie proszę jedynie za nimi, ale także za tymi, którzy dzięki ich słowu uwierzą we Mnie. Aby
wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w Tobie, żeby i Oni byli w nas, aby świat
uwierzył, że Ty mnie posłałeś. Obdarowałem ich chwałą, którą mi dałeś, aby byli jedno, jak
my jedno jesteśmy, Ja w nich, a Ty we Mnie. Aby doskonalili się w jedności, żeby świat
poznał, że Ty mnie posłałeś i umiłowałeś ich tak, jak mnie umiłowałeś (J 17,20-23).
W przeciągu niecałej godziny w gronie przyszłych liderów Kościoła Jezus sześciokrotnie
podkreślił wagę jedności, wyrażanej pokorną miłością i służeniem sobie nawzajem. Musiało to być
dla Niego bardzo ważne, wszak ich jedność stanowiła klucz do tego, aby świat w Niego uwierzył.
Jak my się sprawdzamy?
Podczas gdy my, pastorzy, spodziewamy się, że nasze „owieczki” zachowają jedność w miłości,
wielu z nas, niestety, konkuruje ze sobą i używa nieetycznych metod w celu budowania swoich
lokalnych kościołów kosztem innych. Unikamy jakichkolwiek kontaktów z innymi pastorami,
głoszącymi odmienną doktrynę. A ten brak jedności reklamujemy nawet na tablicach przed
budynkami kościelnymi, ogłaszając światu: „My nie jesteśmy jak tamci chrześcijanie w innych
kościołach.” (Brak jedności rozpropagowaliśmy dość skutecznie, skoro niemal każdy niewierzący
wie, iż chrześcijaństwo to bardzo podzielona instytucja.)
Po prostu nie postępujemy tak, jak głosimy, a nasz przykład uczy zborowników na temat
jedności o wiele więcej niż nasze kazania. Nierozsądnie jest myśleć, że szeregowi chrześcijanie
będą zjednoczeni w miłości, podczas gdy ich liderzy zachowują się inaczej.
Jedynym wyjściem jest, oczywiście, opamiętanie. Musimy pokutować z tego, ze dawaliśmy zły
przykład wierzącym oraz światu. Usuńmy dzielące nas bariery i zacznijmy miłować się nawzajem,
jak nakazał Jezus.
Powinniśmy więc przede wszystkim spotykać się z innymi kaznodziejami i duchownymi, nawet
pastorami mającymi odmienne przekonania doktrynalne. Nie mówię tu o pastorach, którzy nie są
narodzeni na nowo, nie starają się być posłuszni Jezusowi lub służą w kościele dla osobistych
korzyści. To wilki w owczej skórze i Jezus dokładnie powiedział, jak ich rozpoznać – po owocach.
Mówię o pastorach i duchownych, którzy starają się przestrzegać przykazań Jezusa, o
prawdziwych braciach i siostrach w Chrystusie. Jeśli jesteś pastorem, powinieneś miłować innych
pastorów, okazując tę miłość w sposób praktyczny, jako wzór dla swoich wiernych. Na początek
możesz pójść do pastorów w okolicy i poprosić, by ci wybaczyli, bo nie miłowałeś ich tak jak
powinieneś. To powinno zburzyć niektóre mury. Następnie można ustalić wspólne spotkania, aby
coś zjeść, zachęcać się i napominać siebie nawzajem oraz się modlić. Kiedy to nastąpi, wreszcie
można z miłością zacząć rozmawiać o dzielących was doktrynach. Dążcie do jedności nie bacząc,
czy w końcu uda się wam zgodzić co do wszystkiego. Moje życie i służba wyraźnie się wzbogaciły,
kiedy otworzyłem się, by słuchać duchownych spoza mojego „obozu doktrynalnego”. Tak długo
traciłem tak wiele błogosławieństwa, zamykając się.
Swoją miłość i dążenie do jedności możesz zademonstrować zapraszając innych pastorów do
wygłoszenia kazania w twoim kościele. Możecie także uczestniczyć we wspólnym zgromadzeniu z
innymi kościołami lokalnymi lub domowymi.
Aby nie ogłaszać światu braku jedności z resztą Ciała Chrystusa, możesz zmienić nazwę swego
kościoła, lub też wystąpić ze swojej denominacji lub związku wyznaniowego. Tym samym
wszystkich powiadomisz, że utożsamiasz się jedynie z Ciałem Chrystusa, ponieważ wierzysz, iż
Jezus buduje tyko jeden Kościół, nie zaś wiele różnych, które nie potrafią się ze sobą dogadać.
Wiem, że to brzmi radykalnie. Ale po co utrzymywać coś, do czego Jezus wyraźnie nigdy nie
zmierzał? Po co angażować się w coś, co Jemu się nie podoba? Pismo nie wspomina o żadnych
denominacjach ani związkach wyznaniowych. Kiedy Koryntian podzieliły preferencje co do swoich
ulubionych nauczycieli, Paweł zdecydowanie ich skarcił, stwierdzając, iż takie podziały ujawniają
ich cielesność i duchową niedojrzałość (zob. 1Kor 3,1-7). Czy nasze podziały ujawniają coś
innego?
Unikajmy wszystkiego, co nas dzieli. Kościoły domowe nie powinny nadawać sobie nazw czy
przyłączać się do związków noszących jakieś nazwy. W Biblii poszczególne kościoły były
identyfikowane tylko na podstawie domów, w których się zbierały. Grupy kościołów były
identyfikowane tylko na podstawie miast, gdzie się mieściły. Wszyscy uważali się za cząstkę
jednego Kościoła, Ciała Chrystusowego.
Jest tylko jeden Król i jedno Królestwo. Ktokolwiek stawia się w takiej pozycji, że wierzący i
kościoły się z nim identyfikują, buduje własne królestwo w obrębie Królestwa Bożego. Niech się
przygotuje, by stanąć przed Królem, który mówi: „Chwały mojej nie oddam innemu” (Iz 48,11).
Mówię to po to, aby podkreślić, iż kaznodzieje powinni dawać wszystkim dobry przykład
posłuszeństwa Chrystusowi, bo ludzie idą za ich przykładem. Przykład ich życia to najwyraźniejszy
środek przekazu. Jak napisał Paweł do wierzących w Filippi:
Bracia, bądźcie moimi naśladowcami i podążajcie za przykładem tych, którzy postępują
zgodnie ze wzorem, jaki w nas macie (Flp 3,17).
Czego mamy nauczać
Pozyskujący uczniów Boży sługa ma taki cel jak Paweł, „aby każdego człowieka ukazać
doskonałym w Chrystusie” (Kol 1,28b). Dlatego też, chce jak on „napominać i nauczać każdego
człowieka z wszelką mądrością” (Kol 1,28a). Zauważmy, że Paweł nauczał ludzi nie po to, by tylko
ich edukować czy zabawiać.
Oby każdy duchowny mógł za Pawłem powiedzieć: „Celem tego nakazu (ang. 'pouczenia') jest
miłość płynąca z czystego serca, prawego sumienia i szczerej wiary” (1Tm 1,5). Jeśli ludzi, którym
posługuje, chce doprowadzić do prawdziwej świętości i podobieństwa do Chrystusa, niech uczy ich
przestrzegania wszystkich przykazań Chrystusa. Niech naucza prawdy, nakłaniając słuchaczy:
„Szukajcie ze wszystkimi pokoju i uświęcenia, bez którego nikt nie będzie oglądał Pana” (Hbr
12,14).
Sługa ewangelii, pozyskujący uczniów wie, że Jezus nakazał Swoim uczniom nauczać kolejnych
uczniów przestrzegania wszystkiego, a nie tylko części tego, co im przykazał (zob. Mt 28,19-20). W
swoim nauczaniu nie chce pominąć żadnego z nakazów Chrystusa, dlatego naucza systematycznie,
wiersz po wierszu, treści Ewangelii i Listów, gdzie przykazania Chrystusa są zapisane oraz z
naciskiem powtórzone.
Takie nauczanie homiletyczne zapewnia równowagę doktrynalną. Wygłaszając jedynie kazania
tematyczne mamy skłonność pomijać tematy mniej popularne, a skupiać się na tych ulubionych
przez słuchaczy. Osoba nauczająca systematycznie, wiersz po wierszu, mówi nie tylko o Bożej
miłości, ale też o Jego surowości i gniewie. Naucza nie tylko o błogosławieństwach, ale też o
obowiązkach ludzi wierzących. Nie podkreśla spraw drugorzędnych, zaniedbując te najważniejsze.
(W opinii Jezusa to był błąd faryzeuszy; patrz Mt 23,23-24).
Unikanie obawy przed nauczaniem wiersz po wierszu
Wielu pastorów boi się nauczać wiersz po wierszu, ponieważ nie zawsze rozumieją to, co mówi
Pismo, a nie chcą się zdradzić swą ignorancją przed zborem! Oczywiście mamy tu do czynienia z
pychą. Nikt na świecie nie rozumie dokładnie całej Biblii. Nawet Piotr stwierdził, że niektóre
wypowiedzi Pawła są trudne do zrozumienia (zob. 2P 3,16).
Jeśli pastor napotka werset lub urywek, którego nie rozumie, powinien po prostu ludziom o tym
powiedzieć i przejść do kolejnego wersetu. Może też poprosić wiernych o modlitwę, żeby Duch
Święty dał mu zrozumienie. Jego pokora będzie dobrym przykładem, kazaniem samym w sobie.
Pastor/starszy/przełożony kościoła domowego, prowadząc nauczanie małej grupy, jest w tej
dobrej sytuacji, że uczestnicy mogą w każdej chwili zadawać pytania. Stwarza to również
możliwość Duchowi Świętemu, aby dawał osobom w grupie wgląd w znaczenie studiowanego
tekstu. W efekcie edukacja może być dla wszystkich o wiele skuteczniejsza.
Jeśli chodzi o nauczanie przykazań Chrystusa, dobrze jest zacząć od Kazania na Górze,
zapisanego w rozdziałach 5 – 7 Ewangelii Mateusza. Jezus podał tam wiele przykazań i pomógł
swym żydowskim naśladowcom właściwie zrozumieć prawa nadane przez Mojżesza. Nieco dalej
podaję swój komentarz do Kazania na Górze, aby pokazać, jak to można robić wiersz po wierszu.
Przygotowanie kazania
Nigdzie w Nowym Testamencie nie czytamy, aby jakiś pastor/starszy/przełożony przygotowywał
cotygodniowe kazanie, zawierające zgrabnie opracowane punkty i przykłady, zapisane w formie
konspektu, jak to robi wielu współczesnych kaznodziejów. Z pewnością nikt z nas nie wyobraża
sobie, by Jezus robił coś takiego! Nauczanie w pierwszym Kościele było bardziej w żydowskim
stylu, spontaniczne oraz interaktywne, a nie oratoryjne, bliskie tradycji Greków i Rzymian, którą
przejął Kościół, gdy się zinstytucjonalizował. Skoro Jezus mówił uczniom, aby nie przygotowywali
swojej obrony w razie wezwania przed sąd, bo obiecał im, iż Duch Święty spontanicznie podda im
słowa nie do odparcia, można się spodziewać, że Bóg w równym stopniu potrafi pomóc pastorom
na zgromadzeniach!
Nie znaczy to, że kaznodzieja nie powinien studiować Słowa i przygotować samego siebie w
modlitwie. Paweł wzywał Tymoteusza:
Staraj się usilnie, abyś sam stanął przed Bogiem jako wypróbowany i nienaganny pracownik,
który wiernie przekazuje Słowo prawdy (2Tm 2,15).
Kaznodzieje, którzy trzymają się wskazań Pawła, aby „Słowo Chrystusa mieszkało w nich
obficie” (Kol 3,16) będą tak wypełnieni Bożym Słowem, że będą nauczać z tego, co się im
„przelewa”. Zatem, drogi pastorze, ważne jest, byś zanurzył się w Biblii. Jeśli jesteś z nią obeznany
i mocno przekonany co do tematu, to tak naprawdę niewiele więcej potrzeba, abyś przekazał Bożą
prawdę. A jeśli nauczasz werset po wersecie, to właściwie każdy z nich może posłużyć jako
konspekt. Twoje przygotowanie powinno polegać na rozważaniu z modlitwą wierszy, na temat
których będziesz nauczał. Jeśli prowadzisz kościół domowy, interaktywny charakter nauczania
jeszcze bardziej zminimalizuje potrzebę przygotowania konspektu.
Sługa Boży, który wierzy w Bożą pomoc podczas nauczania, zostanie tą pomocą nagrodzony.
Zacznij więc mniej ufać sobie, swojemu przygotowaniu i notatkom, a więcej Bogu. W miarę, jak
będziesz nabywał coraz więcej ufności i wiary, wystarczą ci skromniejsze notatki, ewentualnie
zarys konspektu lub wręcz obejdziesz się bez niczego.
Ktoś nieśmiały, kto polega na przygotowanych notatkach, bo się boi popełnienia pomyłki w
obecności słuchaczy, powinien zrozumieć, że jego lęk bierze się z niepewności, która ma swoje
korzenie w pysze. Lepiej niech się nie martwi, jak wypadnie w oczach ludzi, a bardziej niech się
przejmuje tym, jak on sam i jego słuchacze wypadają w oczach Boga. Żadna przygotowana
przemowa nie poruszy słuchaczy tak, jak płynące z serca, namaszczone przez Ducha nauczanie.
Pomyśl, jak trudne byłoby porozumiewanie się, gdyby każdy do wszystkich swoich wypowiedzi
używał przygotowanych wcześniej notatek! Rozmowa by zamarła! Nieprzećwiczony,
konwersacyjny styl wypowiedzi odbieramy jako bardziej szczery niż przygotowana oracja.
Nauczanie to nie gra aktorska lecz przekazywanie prawdy. Słuchając przemówienia wszyscy mamy
skłonność automatycznie się wyłączać.
Jeszcze cztery myśli
(1) Niektórzy kaznodzieje są jak papugi, cały materiał do kazania czerpią z książek napisanych
przez innych. Rozmijają się ze wspaniałym błogosławieństwem, jakim jest osobista nauka
odbierana od Ducha Świętego, a także mogą powielać błędy autorów, do których sięgają.
(2) Wielu pastorów naśladuje styl głoszenia i nauczania innych kaznodziejów. Często bywa on
wyłącznie tradycyjny. Na przykład w niektórych kręgach uważa się, iż kazania są namaszczone
tylko wtedy, gdy mówi się głośno i szybko. Uczestnicy takich nabożeństw są narażeni na słuchanie
kazań od początku do końca wykrzykiwanych. Jednakże słysząc owe niepotrzebne krzyki, ludzie
często się wyłączają, podobnie jak to robią w przypadku słuchania monotonnego głosu.
Zróżnicowanie o wiele bardziej przykuwa uwagę. Poza tym głoszenie, będące raczej
napominaniem, jest z natury głośniejsze, natomiast nauczanie jest bardziej instruktażem, więc
powinno być przekazywane bardziej konwersacyjnym tonem.
(3) Obserwowałem słuchaczy kazań podczas setek nabożeństw i dziwi mnie, jak wielu
kaznodziejów i nauczycieli nie zauważa sygnałów, iż ludzie są znudzeni lub wręcz nie słuchają.
Pastorze, ludzie wyglądający na znudzonych są znudzeni! A ci, którzy na ciebie nie patrzą,
prawdopodobnie nie słuchają. Jeśli nie słuchają, nie odnoszą najmniejszego pożytku. Skoro są
znudzeni lub nie słuchają, to musisz poprawić swoje kazania. Podawaj więcej przykładów.
Opowiadaj ciekawe historie. Wymyślaj przypowieści. Nie komplikuj. Nauczaj Słowo z serca. Bądź
szczery. Bądź sobą. Zmieniaj ton głosu. Nawiązuj kontakt wzrokowy z jak największą liczbą
słuchaczy. Używaj mimiki i rąk. Ruszaj się. Nie mów zbyt długo. Jeśli grupa jest mała, pozwól by
we właściwych momentach ludzie mogli zadawać ci pytania.
(4) Pomysł, by każde kazanie miało trzy punkty, jest czysto ludzkim wynalazkiem. Celem jest
pozyskiwanie uczniów, a nie podporządkowywanie się współczesnym teoriom homiletyki. Jezus
powiedział: „Paś Moje owce” a nie: „Imponuj Moim owcom”.
Kogo nauczać
Boży sługa stosując model Jezusa, by pozyskiwać uczniów powinien być do pewnego stopnia
„wybredny” co do tego, kogo naucza. Może cię to zaskoczyć, ale to prawda. Jezus często
przemawiał do tłumów w przypowieściach, i robił to nie bez powodu: nie chciał, aby wszyscy
zrozumieli, co mówi. Wynika to wyraźnie z Pisma:
Wtedy podeszli uczniowie i zapytali: Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach?
Odpowiedział im: Wam zostało dane poznać tajemnice Królestwa Niebios, a tamtym nie
zostało dane. Kto bowiem ma, temu będzie dodane i będzie miał w nadmiarze, a kto nie ma,
straci nawet to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, bo patrzą, a nie widzą,
słuchają, a nie słyszą, i niczego nie pojmują (Mt 13,10-13).
Przywilej rozumienia przypowieści Chrystusa był zarezerwowany tylko dla tych, którzy się
opamiętali i zdecydowali pójść za Nim. Inni, którzy odrzucili szansę opamiętania się i sprzeciwiali
się Bożej woli wobec ich życia, zostali przez Boga odrzuceni. Bóg sprzeciwia się pysznym, lecz
pokornym łaskę daje (zob. 1P 5,5).
Jezus też pouczał Swych naśladowców: „Tego, co święte, nie dawajcie psom, a pereł nie
rzucajcie przed wieprze, aby ich nie podeptały, nie rzuciły się na was i nie rozszarpały” (Mt 7,6).
Oczywiście, Jezus mówił symbolicznie. Jego słowa znaczyły: „Nie dawajcie tego co cenne tym,
którzy nie docenią jego wartości”. Wieprze nie wiedzą, że perły są cenne, podobnie „wieprze
duchowe” nie doceniają Bożego Słowa, kiedy je słyszą. Gdyby wierzyli, że faktycznie słuchają
Bożego Słowa, zwróciliby na nie najwyższą uwagę i byliby mu posłuszni.
Jak stwierdzić, czy ktoś jest „duchowym wieprzem”? Rzućmy mu jedną perłę i zobaczymy, co z
nią zrobi. Jeśli ją zignoruje, to wiedzmy, że właśnie z kimś takim mamy do czynienia. A jeśli się jej
podporządkuje, to „wieprzem” nie jest.
Niestety, zbyt wielu pastorów robi to, czego Jezus robić nie kazał. Nieustannie rzucają perły
przed wieprze, nauczając tych, którzy opierają się Bożemu Słowu lub je odrzucili. Tacy duchowni
tracą dany im przez Boga czas. Dawno już powinni strzepnąć proch ze swych stóp i pójść dalej, tak
jak rozkazał Jezus.
Owce, kozły i wieprze
Nie można wychowywać w uczniostwie kogoś, kto tego nie chce, kto nie być posłuszny
Jezusowi. Wiele kościołów pełnych jest takich ludzi, tradycyjnych chrześcijan, z których wielu
uważa się za nowonarodzonych tylko dlatego, że zgadzają się z kilkoma teologicznymi faktami na
temat Jezusa czy chrześcijaństwa. Są to wieprze i kozły, a nie owce. Niemniej wielu pastorów
przeznacza 90% swego czasu starając się zadowolić owe wieprze i kozły, a zaniedbuje prawdziwe
owce, czyli tych, którym mogliby duchowo pomóc i którym powinni służyć! Pastorze, Jezus chce,
byś pasł Jego owce, a nie kozły i wieprze (zob. J 21,17)!
Ale jak poznać owce? To ci, którzy do kościoła przychodzą pierwsi, a wychodzą ostatni. Są
głodni poznania prawdy, ponieważ Jezus jest ich Panem i chcą się Mu podobać. Przychodzą do
kościoła nie tylko w niedzielę, ale na wszystkie inne nabożeństwa. Angażują się w małych grupach.
Często zadają pytania. Są przejęci Bogiem. Szukają sposobności usłużenia innym.
Pastorze, większość czasu i uwagi poświęcaj takim ludziom. To są uczniowie. Kozłom i
wieprzom uczęszczającym na nabożeństwa głoś ewangelię dopóki będą ją znosić. Ale jeśli głosisz
prawdziwą ewangelię, nie zniosą jej długo. Albo odejdą z kościoła, albo jeśli mają wpływy, zechcą
usunąć cię ze stanowiska. Jeżeli im się to uda, odchodząc strzepnij proch ze swoich stóp. (W
kościele domowym nic takiego nie może się zdarzyć, zwłaszcza, jeśli spotkania odbywają się w
twoim w domu!)
Podobnie ewangeliści nie muszą czuć się zobowiązani, aby głosić ewangelię tym samym
ludziom, którzy stale ją odrzucają. Niech umarli grzebią umarłych (zob. Łk 9,60). Jesteś
ambasadorem Chrystusa, niosącym najważniejszą wiadomość od Króla królów. Zajmujesz wysokie
stanowisko w Bożym Królestwie i ciąży na tobie wielka odpowiedzialność! Nie trać czasu na
głoszenie komuś ewangelii dwukrotnie, zanim wszyscy nie usłyszą jej choć raz.
Jeśli masz być Bożym sługą pozyskującym uczniów, bądź wybiórczy co do osób, które nauczasz,
nie trać cennego czasu na tych, którzy nie chcą być Jezusowi posłuszni. Paweł napisał do
Tymoteusza:
A co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, to przekazuj ludziom wierzącym
(ang. „wiernym”), którzy będą w stanie nauczać także innych (2Tm 2,2).
Osiąganie celu
Wyobraźmy sobie coś, co nigdy nie mogłoby się wydarzyć w służbie Jezusa, a co jednak się
dzieje we współczesnych kościołach. Przypuśćmy, że Jezus po zmartwychwstaniu pozostał na
ziemi, założył kościół podobny do współczesnego kościoła instytucjonalnego i pastorował tam
przez 30 lat. Każdej niedzieli wygłasza kazania do tego samego zgromadzenia. Piotr, Jakub i Jan
siedzą w pierwszej ławce, na której siadywali przez 20 lat. Nagle Piotr pochyla się do Jana i
wzdychając szepcze mu do ucha: – To kazanie słyszeliśmy już dziesięć razy.
Wiemy, że taka scena jest nie do pomyślenia, bo Jezus nigdy nie postawiłby siebie ani uczniów
w podobnej sytuacji. Przyszedł, aby pozyskać grono uczniów. Uczynił to w określony sposób i w
określonym czasie. W ciągu trzech lat szkolił w uczniostwie Piotra, Jakuba i Jana oraz kilku innych.
Nie przemawiał do nich co niedzielę w budynku kościelnym. Czynił to, prowadząc swe życie na ich
oczach. Odpowiadał na ich pytania i dawał im sposobność służenia innym. Spełnił swoje zadanie i
„poszedł dalej”.
Dlaczego więc my robimy to, czego Jezus nigdy by nie zrobił? Dlaczego przez dziesiątki lat
próbujemy głosić kazania tym samym ludziom? Kiedy wreszcie wykonamy swoje zadanie? Czemu
nasi uczniowie nie są gotowi po kilu latach sami pozyskiwać dalszych uczniów?
Jeśli swoją „robotę” wykonujemy prawidłowo, powinien nadejść taki czas, kiedy nasi
wystarczająco dojrzali uczniowie nie będą już potrzebować naszej posługi. Pójdą i sami będą
pozyskiwać uczniów. Mamy osiągać wyznaczony nam przez Boga cel, a Jezus pokazał, jak to robić.
W rozwijającym się kościele domowym występuje ciągła potrzeba szkolenia w uczniostwie nowych
ludzi i wychowywania liderów. Zdrowemu kościołowi domowemu nie grozi powtarzający się cykl,
w którym ten sam kaznodzieja przez dziesiątki lat przemawia do tych samych ludzi.
Właściwe motywy
Właściwe motywy decydują o tym, czy nauczanie prowadzące do pozyskania uczniów będzie
skuteczne. Jeśli ktoś zajmuje się służbą w kościele z niewłaściwych pobudek, będzie robił
niewłaściwe rzeczy. Dlatego we współczesnym kościele jest tyle fałszywej i niezrównoważonej
nauki. Jeśli pastora motywuje osiągnięcie popularności i sukcesu w oczach ludzi lub dorobienie się
fortuny, w oczach Bożych jest skazany na porażkę. Najsmutniejsze jest to, że może osiągnąć
wymarzony cel, lecz pewnego dnia jego niewłaściwe motywy zostaną ujawnione przed
sędziowskim tronem Chrystusa i za swoją pracę nie otrzyma nagrody. O ile w ogóle zostanie do
Królestwa Niebios wpuszczony,3 wtedy wszyscy tam przebywający dowiedzą się o nim prawdy, a
wyjawi to brak nagrody i jego podrzędna pozycja w Królestwie. Bez wątpienia w niebie istnieje
zróżnicowanie. Jezus ostrzegł:
Kto by unieważnił jedno, choćby najmniejsze przykazanie i tak nauczał, będzie najmniejszym
w Królestwie Niebios. Kto jednak będzie posłuszny Prawu i będzie tak nauczał, zostanie
nazwany wielkim w Królestwie Niebios (Mt 5,19).
Oczywiście, ci słudzy Pańscy, którzy nauczają i przestrzegają jego przykazań, będą na ziemi
cierpieć. Tym, którzy są Mu posłuszni, Jezus obiecał cierpienie (zob. Mt 5,10-12; J 16.33). Jest
mało prawdopodobne, że osiągną sukces, popularność i bogactwa. Za to w przyszłości zdobędą
nagrody i pochwałę od Boga. Co wolisz? Na ten temat Paweł napisał:
Kim bowiem jest Apollos? Kim zaś jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście, każdy
zgodnie z tym, co Pan mu powierzył. Ja zasadziłem, Apollos podlewał, ale Bóg dawał wzrost.
Tak więc ani ten, kto sadzi, ani ten, kto podlewa nic nie znaczą, tylko Bóg, który daje wzrost.
Ten zaś, kto sadzi, jak i ten, kto podlewa, stanowią jedno, a każdy otrzyma swoją zapłatę,
stosownie do swojej pracy. Jesteśmy bowiem współpracownikami Boga. Wy jesteście
uprawną rolą Boga, Jego budowlą.
Zgodnie z udzieloną mi łaską Boga niczym umiejętny architekt położyłem fundament, inny
natomiast na nim buduje. A każdy niech zważa na to, jak buduje, fundamentu bowiem nikt nie
może położyć innego niż ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. Czy zaś ktoś
buduje na tym fundamencie ze złota, srebra, szlachetnych kamieni, drewna, trawy, słomy –
dzieło każdego stanie się jawne. Dzień bowiem uczyni je jawnym, ponieważ w ogniu się
objawi i dzieło każdego, jakie jest, ogień wypróbuje. Jeżeli przetrwa dzieło, które ktoś
budował, otrzyma on nagrodę. Jeżeli czyjeś dzieło spłonie, poniesie stratę. On natomiast
będzie zbawiony, tak jednak jak przez ogień (1Kor 3,5-15).
Paweł porównał się do mistrza budowlanego, który kładzie fundament. Apollosa, nauczyciela,
który przybył do Koryntu po tym, jak Paweł założył tam kościół, Paweł przyrównał do kogoś, kto
buduje na założonym już fundamencie.
Zauważmy, iż zarówno Paweł jak i Apollos zostaną kiedyś nagrodzeni nie w oparciu o ilość
swojej pracy lecz o jakość (zob. 3,13).
3. Używam trybu przypuszczającego, ponieważ owe wilki w owczej skórze to najwyraźniej egoistycznie
motywowani działacze kościelni, którzy zostaną wtrąceni do piekła. Od szczerych duchownych, kierujących się wszak
niewłaściwymi pobudkami, różnią się stopniem złych motywacji.
Mówiąc obrazowo Paweł i Apollos mogli użyć do wznoszenia Bożego budynku sześciu
rodzajów materiałów, z których trzy są powszechne, stosunkowo niedrogie i łatwopalne, zaś inne
trzy rzadkie, bardzo drogie i niepalne. Kiedyś na Bożym sądzie zostaną one poddane próbie ognia:
drewno, siano i słomę strawi ogień, ujawniając ich niską i nietrwałą jakość. Złoto, srebro i drogie
kamienie, symbolizujące dzieła cenne i trwałe w oczach Bożych, przetrwają ogień próby.
Możemy być pewni, iż na sądzie Chrystusowym niebiblijne nauczanie zostanie spalone na
popiół. Także wszystko inne czynione mocą, metodami i mądrością ciała, oraz z niewłaściwych
pobudek. Jezus ostrzegł, że wszystko, co robimy z myślą o pochwale od ludzi, nie zostanie
nagrodzone (zob. Mt 6,1-6. 16-18). Te bezwartościowe dzieła mogą nie być widoczne dla ludzkiego
oka, ale na pewno zostaną wszystkim objawione w przyszłości, przed czym ostrzegł Paweł. Gdyby
moje dzieła były zaliczone do kategorii drewna, siana i słomy, wolałbym to odkryć teraz niż
później. Teraz jest czas, by się opamiętać, wówczas będzie za późno.
Sprawdzenie naszych motywów
Bardzo łatwo dać się zwieść co do własnych motywów. Tak było ze mną. Skąd mamy wiedzieć,
czy nasze motywy są czyste?
Najlepiej poprosić Boga, by nam to objawił, a następnie sprawdzać swoje myśli i czyny. Jezus
kazał nam pełnić dobre uczynki, takie jak modlitwa czy dawanie jałmużny, dyskretnie, i to jest
sposób na to, by być pewnym, że postępujemy dobrze, ponieważ pragniemy pochwały od Boga a
nie od ludzi. Jeśli jesteśmy Bogu posłuszni tylko wtedy, gdy patrzą na nas ludzie, to sygnalizuje, że
coś jest nie tak. Lub jeśli unikamy jedynie grzechów skandalicznych, które w razie wykrycia
zniszczyłyby naszą reputację, a popełniamy grzechy lżejsze, o których nikt może się nie
dowiedzieć, świadczy to również o naszej niewłaściwej motywacji. Jeśli naprawdę chcemy podobać
się Bogu, który zna każdą naszą myśl, słowo i czyn, to będziemy się starali być Mu posłuszni cały
czas, w rzeczach i wielkich i małych, znanych i nieznanych ludziom.
Podobnie, jeśli mamy właściwe pobudki, nie będziemy podążać za różnymi trendami
dotyczącymi rozwoju kościoła, które służą tylko podniesieniu frekwencji kosztem pozyskiwania
uczniów, posłusznych wszystkim przykazaniom Chrystusa.
Będziemy uczyć całego Bożego Słowa, a nie skupiać się na tematach popularnych, podobających
się ludziom świeckim i nieduchowym.
Nie będziemy przekręcać Bożego Słowa ani nauczać go w sposób naruszający jego pełny
kontekst biblijny.
Nie będziemy dla siebie szukać ani tytułów ani honorowych miejsc. Nie będziemy gonić za
sławą.
Nie będziemy się podlizywać bogatym.
Nie będziemy gromadzić skarbów na ziemi, lecz będziemy żyć prosto i oddawać wszystko, co
możemy, dając swoim „owieczkom” przykład dobrego szafarstwa.
Bardziej będzie nas przejmować to, co o naszych kazaniach myśli Bóg, a nie ludzie.
Jakie są twoje motywy?
Doktryna rujnująca pozyskiwanie uczniów
Boży sługa, który pozyskuje uczniów, nie naucza niczego sprzecznego z tym celem. Nigdy nie
mówi ludziom niczego, co pochwalałoby nieposłuszeństwo Panu Jezusowi. Nie przedstawia Bożej
łaski jako przyzwolenia na grzech, pozbawionego bojaźni przed karą. Prezentuje ją raczej jako
środek umożliwiający odwrócenie się od grzechu i prowadzenie zwycięskiego życia. Pismo
przecież stwierdza, że tylko zwycięzcy odziedziczą Boże Królestwo (zob. Ap 2,11; 3,5; 21,7).
Niestety, niektórzy współcześni kaznodzieje trzymają się niebiblijnych doktryn, które
wyrządzają wielkie szkody dziełu pozyskiwania uczniów. Jedna z takich doktryn, bardzo popularna
w Stanach Zjednoczonych, mówi o bezwarunkowym wiecznym bezpieczeństwie, czyli „raz
zbawiony na zawsze zbawiony”. Według niej ludzie nowonarodzeni nie mogą utracić zbawienia,
niezależnie od tego, jak żyją. Skoro zbawienie jest z łaski, to ta sama łaska, która na początku
zbawia tych, którzy się modlą o przyjęcie zbawienia, zachowa ich zbawionymi do końca. Wszelki
inny pogląd – mówią – jest równoznaczny z twierdzeniem, że zbawienie jest z uczynków.
Taki pogląd stanowi, naturalnie, ogromną przeszkodę dla świętości. Skoro posłuszeństwo
Chrystusowi jest rzekomo nieistotne, aby się dostać do nieba, to motywacja do okazywania Mu
posłuszeństwa jest bardzo słaba, zwłaszcza, kiedy jest to kosztowne.
Jak stwierdziłem wcześniej, Boża łaska oferowana ludziom nie zwalnia ich z obowiązku
posłuszeństwa. Pismo mówi, iż zbawienie jest nie tylko z łaski, ale też przez wiarę (zob. Ef 2,8). Do
zbawienia potrzebna jest i łaska i wiara. Wiara to właściwy odzew na Bożą łaskę, prawdziwa wiara
zawsze prowadzi do opamiętania i posłuszeństwa. Według Jakuba wiara bez uczynków jest martwa,
bezużyteczna i nie może zbawić (zob. Jk 2,14-26).
Dlatego Biblia wielokrotnie stwierdza, iż trwałe zbawienie zależy od trwałej wiary i
posłuszeństwa. Potwierdzają to liczne teksty. Na przykład w swym liście do wierzących w
Kolosach Paweł mówi:
A was, którzy kiedyś byliście obcymi i nieprzyjaciółmi z powodu myślenia przejawiającego
się w złych czynach, teraz pojednał w Jego doczesnym ciele przez śmierć, aby postawić was
przed sobą jako świętych, nieskazitelnych i nienagannych, jeśli tylko wytrwacie w wierze,
ugruntowani, stali i nie dacie się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina, którą
usłyszeliście ogłoszoną wszelkiemu stworzeniu pod niebem (Kol 1,21-23).
Nie można by tego powiedzieć wyraźniej. Tylko jakiś kiepski teolog mógłby źle odczytać lub
przekręcić znaczenie słów Pawła. Jezus potwierdzi naszą nieskazitelność, jeśli wytrwamy w wierze.
Ta sama prawda jest powtórzona w Rz 11,13-24; 1Kor 15,1-2 oraz Hbr 3,12-14; 10-38-39.
Wszystkie te urywki zawierają warunkowy spójnik jeśli i jasno stwierdzają, iż ostateczne zbawienie
jest uzależnione od ciągłości wiary.
Nieodzowność świętości
Czy wierzący może utracić życie wieczne grzesząc? Odpowiedź znajdujemy w wielu urywkach,
które stwierdzają, iż ci, którzy popełniają grzechy, nie odziedziczą Królestwa Bożego. Jeśli
wierzący może powrócić do popełniania wymienionych tu grzechów, to w końcu może także utracić
zbawienie:
Czy nie wiecie, że niesprawiedliwi nie odziedziczą Królestwa Boga? Nie łudźcie się! Ani
rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani ci, którzy współżyją z
mężczyznami, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą
Królestwa Boga (1Kor 6,9-10).
Znane są uczynki, jakie rodzą się z ciała. Są nimi: cudzołóstwo, nieczystość, wyuzdanie,
bałwochwalstwo, magia, nienawiść, spór, zawiść, gniew, intrygi, niezgoda, rozłamy, zazdrość,
pijaństwo, hulanki i tym podobne. O nich wam mówię, tak jak już wcześniej powiedziałem, że
ci, którzy takie czyny popełniają, nie odziedziczą Królestwa Boga (Gal 5,19-20).
To bowiem powinniście wiedzieć i rozumieć, że ani człowiek rozwiązły, ani bezwstydny, ani
chciwy – to jest bałwochwalca – nie otrzyma dziedzictwa w Królestwie Chrystusa i Boga.
Niech was nikt nie zwodzi próżnymi słowami, gdyż właśnie z ich powodu gniew Boży
przychodzi na synów buntu (Ef 5,5-6).
Zauważmy, że w każdym przypadku Paweł kieruje te słowa do wierzących, ostrzegając ich.
Dwukrotnie ostrzega przed zwiedzeniem, wskazuje, iż jest zatroskany o wierzących, którzy sądzą,
że mimo popełniania wymienionych przez niego grzechów i tak odziedziczą Królestwo Boże.
Swoich najbliższych uczniów, Piotra, Jakuba, Jana i Andrzeja Jezus przestrzegał, że jeśli ktoś nie
będzie gotowy na Jego powrót, może być wtrącony do piekła. Zwróćmy uwagę, że te słowa
skierował do nich, nie zaś do niewierzących (zob. Mk 13,1-4):
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia wasz Pan przyjdzie. To zaś zrozumiejcie: Gdyby
gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy złodziej przyjdzie, na pewno by czuwał i nie pozwolił
włamać się do swego domu. Dlatego i wy [Piotrze, Jakubie, Janie i Andrzeju] bądźcie gotowi,
gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie spodziewacie.
Kto więc jest wiernym I mądrym sługą, którego pan ustanowił nad swoją służbą, aby w
odpowiednim czasie wydawał jej posiłki? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, gdy przyjdzie,
zastanie tak czyniącego. Zapewniam was, ustanowi go zarządcą całego swojego majątku. Jeśli
zaś taki zły sługa powiedziałby sobie w duchu: Mój pan opóźnia swój powrót, i zacząłby bić
swoich podwładnych, jadłby i pił z pijakami, to pan tego sługi nadejdzie w dniu, w którym się
nie spodziewa i o godzinie, której nie zna. Surowo go ukarze i wyznaczy mu miejsce z
obłudnikami. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów (Mt 24,42-51).
Jaki z tego wniosek? – Piotrze, Jakubie, Janie i Andrzeju, nie bądźcie jak ów niewierny sługa z
tej przypowieści.4
Aby podkreślić wypowiedziane właśnie słowa, Jezus niezwłocznie przytacza przypowieść o
dziesięciu pannach. Początkowo wszystkie były gotowe na powitanie oblubieńca, jednak pięć
utraciło czujność i nie zostały wpuszczone na ucztę weselną. Jezus zakończył przypowieść
słowami: „Czuwajcie, więc [Piotrze, Jakubie, Janie i Andrzeju], bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt
25,13). Czyli: – Nie bądźcie jak owe pięć głupich panien. – Gdyby nie istniała taka ewentualność,
że Piotr, Jakub, Jan i Andrzej mogliby nie być gotowi, nie byłoby potrzeby, żeby Jezus ich
ostrzegał.
Zaraz potem Jezus opowiedział przypowieść o talentach. Przesłanie znów było takie samo: – Nie
bądźcie jak sługa z jednym talentem, który w dniu powrotu pana nie mógł się pochwalić żadnym
dorobkiem. – Na końcu pan rozkazuje: „A sługę nieużytecznego wyrzućcie w ciemność, na
zewnątrz. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 25,30). Nie można by tego powiedzieć
wyraźniej. Tylko jakiś teolog mógłby przekręcić znaczenie słów Jezusa. Istniała realna groźba, że
gdyby w dniu przyjścia Jezusa Piotr, Jakub, Jan i Andrzej nie byli posłuszni, mogliby na koniec
zostać wtrąceni do piekła. Jeśli taka ewentualność istniała w przypadku apostołów, to istnieje w
przypadku nas wszystkich. Jezus obiecał, że tylko ci, którzy wypełniają wolę Jego Ojca, wejdą do
Królestwa Niebios (zob. Mt 7,21).5
Wszyscy, którzy głoszą fałszywą doktrynę „raz zbawiony na zawsze zbawiony”, wyraźnie
działają przeciwko Chrystusowi. Propagując coś wręcz przeciwnego nauce Jezusa i apostołów,
pomagają szatanowi. Skutecznie niwelują nakaz Jezusa, by pozyskiwać uczniów posłusznych
4. To zadziwiające, że niektórzy nauczyciele, nie mogący zignorować faktu, iż niewierny sługa przedstawia
człowieka wierzącego, twierdzą, że miejsce płaczu i zgrzytania zębów znajduje się gdzieś na obrzeżach nieba. Tam
niewierni wierzący będą rzekomo opłakiwać brak nagrody, aż do chwili gdy Jezus otrze ich łzy i wpuści do nieba!
5. To jasne, że wierzący, który popełni pojedynczy grzech, nie od razu utraci zbawienie. Prosząc Boga o
przebaczenie, otrzyma je (jeśli wybaczy swym winowajcom). Ci, którzy o przebaczenie nie proszą, narażają się na Boże
karcenie. Jedynie zatwardzając serce na wielokrotne karcenie wierzący naraża się na utratę zbawienia.
wszystkim Jego przykazaniom. Blokują wąską drogę prowadzącą do nieba, a poszerzają tę szeroką,
wiodącą do piekła.6
Kolejna współczesna doktryna nastawiona przeciwko pozyskiwaniu uczniów
Nie tylko doktryna „raz zbawiony na zawsze zbawiony” zwodzi ludzi sugerując, że uświęcenie
nie jest konieczne do osiągnięcia zbawienia. Boża miłość jest często przedstawiana w taki sposób,
który podważa pozyskiwanie uczniów. Nierzadko kaznodzieje mówią słuchaczom: – Bóg kocha cię
bezwarunkowo. – A ludzie interpretują to następująco: – Bóg mnie akceptuje i pochwala to, co
robię, bez względu na to, czy jestem Mu posłuszny czy nie. – Ale to po prostu nie jest prawdą.
Ci sami kaznodzieje wierzą, że ludzi nieodrodzonych Bóg wtrąca do piekła, i tutaj mają
całkowitą rację. Zastanówmy się nad tym. Bezsprzecznie takich ludzi Bóg nie pochwala. Jakże więc
można mówić, że ich kocha? Czy idący do piekła są przez Boga miłowani? Czy mogą powiedzieć,
że Bóg ich kocha? Jasne że nie. Czy Bóg powie, że ich kocha? Na pewno nie! Są dla Niego
odrażający, dlatego karze ich piekłem. Nie kocha ich ani nie pochwala ich czynów.
Wobec tego Boża miłość do grzeszników na ziemi jest wyraźnie miłością miłosierną, jedynie
tymczasową, nie zaś miłością akceptującą. Okazuje im miłosierdzie, odsuwa swą karę i daje im
sposobność opamiętania się. Jezus za nich umarł, otwierając drogę do uzyskania przebaczenia. W
taki sposób i w takim właśnie stopniu można powiedzieć, że Bóg ich kocha. Ale ich nie pochwala.
Nie czuje do nich takiej miłości, jaką ojciec czuje do dziecka. Pismo stwierdza: „Pan lituje się nad
tymi, którzy się Go boją, jak ojciec lituje się nad swoimi dziećmi” (Ps 103,13). Można więc
wnioskować, iż Boże współczucie wobec tych, którzy się Go nie boją, nie jest takie samo. Boża
miłość do grzeszników jest bardziej podobna do miłosierdzia sędziego wobec skazanego zabójcy,
który zamiast kary śmierci dostaje dożywocie.
W Dziejach Apostolskich nie znajdujemy żadnego przypadku, aby głoszący ewangelię mówił
niezbawionym słuchaczom, iż Bóg ich kocha. Biblijni kaznodzieje raczej przestrzegali przed
Bożym gniewem i wzywali ludzi do opamiętania, mówiąc że Bóg nie aprobuje ich , że grozi im
niebezpieczeństwo, więc muszą dokonać radykalnej zmiany w swoim życiu. Gdyby mówili im
tylko o Bożej miłości (jak wielu kaznodziejów robi obecnie), mogliby słuchaczom błędnie
zasugerować, iż ci nie są w niebezpieczeństwie i nie sprowadzą na siebie Bożego gniewu, dlatego
nie muszą pokutować.
Boża nienawiść wobec grzeszników
6. Osoby nadal nie przekonane do tego, iż chrześcijanin może zbawienie utracić, powinny rozważyć wszystkie
poniższe urywki Nowego Testamentu: Mt 18,21-35; 24,4-5.11-13.23-26.42-51; 25,1-30; Łk 8,11-15; 11,24-28; 12,42-
46; J 6,66-71; 8,31-32.51; 15,1-6; Dz 11,21-23; 14,21-22; Rz 6,11-23; 8,12-14.17; 11,20-22; 1Kor 9,23-27; 10,1-21;
11,29-32; 15,1-2; 2Kor 1,24; 12,21 - 13,5; Ga 5,1-4; 6,7-9; Flp 2,12-16; 3,14 - 4,1; Kol 1,21-23; 2,4-8.18-19; 1Tes 3,1-
8; 1Tm 3,1-7.18-20; 4,1-16; 5,5-6.11-15; 6,9-12.17-19.20-21; 2Tm 2,11-18; 3,13-15; Hbr 2,1-3; 3,6-19; 4,1-16; 5,8-9;
6,4-9.10-20; 10,19-39; 12,1-17.25-29; Jk 1,12-16; 4,4-10; 5,19-20; 2P 1,5-11; 2,1-22; 3,16-17; 1J 2,15-28; 5,16; 2J 6-9;
Jud 20-21; Ap 2,7.10-11.17-26; 3,4-5.8-12.14-22; 21,7-8; 22,18-19. Teksty podawane przez zwolenników doktryny
bezwarunkowego wiecznego bezpieczeństwa zwyczajnie podkreślają, iż Bóg jest wierny w kwestii naszego zbawienia,
nic zaś nie mówią o odpowiedzialności ludzi. Należy zatem ich interpretację zharmonizować z jakże wieloma
powyższymi tekstami Pisma. Fakt, że Bóg obiecuje być wierny, nie jest żadną gwarancją wierności człowieka. Moje
zapewnienie, że nigdy nie złamię przysięgi małżeńskiej i żony nie opuszczę, wcale nie gwarantuje, iż ona mnie nie
zostawi.
Wbrew temu, co się obecnie głosi o Bożej miłości do grzeszników, Pismo często stwierdza, iż
Bóg ich nienawidzi:
Nie ocaleją przed Tobą zarozumialcy wyniośli, bo nienawidzisz tych wszystkich, którzy czynią
zło i nieprawość. Ty niszczysz kłamców, bo Pan gardzi zbrodniarzem obłudnym (Ps 5,6-7).
Pan doświadcza i sprawiedliwego i grzesznego, a z głębi duszy nienawidzi grzesznego (Ps
11,5).
Opuściłem swój dom, pozostawiłem swoje dziedzictwo. To, co umiłowałem, oddałem w ręce
swych nieprzyjaciół. Moje dziedzictwo stało się dla mnie jak lew w gęstwinie. Podniosło
przeciwko mnie swój głos, dlatego muszę go nienawidzić (Jr 12,7-8).
Cała ich złość dokonała się w Gilgal, tam też zacząłem ich nawiedzać (ang. nienawidzić) z
powodu czynów nieprawych. Wyrzucę ich z mojego domu, nie będę ich więcej miłował.
Wszyscy ich książęta są buntownikami (Oz 9,15).
Zauważmy, iż żaden z powyższych tekstów nie mówi, że Bóg nienawidzi tylko tego, co ludzie
robią – On nienawidzi ich samych. Rzuca to pewne światło na oklepany frazes mówiący, iż Bóg
nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika. Nie można oddzielić człowieka od tego, co robi. Jego
czyny mówią o tym, kim jest. A zatem Bóg słusznie nie tylko nienawidzi grzechów popełnianych
przez ludzi, ale także ludzi, którzy popełniają grzech. Gdyby aprobował tych, którzy czynią to,
czego On nienawidzi, byłby bardzo niekonsekwentny. W sądach tu na ziemi sądzi się ludzi za ich
przestępstwa i otrzymują oni słuszną odpłatę. Nie jest tak, że nienawidzimy zbrodni, lecz
aprobujemy zbrodniarza.
Ludzie, którymi Bóg się brzydzi
Pismo nie tylko potwierdza, iż Bóg niektórych ludzi nienawidzi, deklaruje wręcz, że się brzydzi
pewnym rodzajem grzeszników, są dla Niego odrażający. Zauważmy, iż poniższe cytaty biblijne
stwierdzają, że odrażające są dla Boga nie ludzkie czyny, ale oni sami. Nie czytamy w nich, że Bóg
się brzydzi ich grzechami, ale brzydzi się nimi:7
Kobieta nie będzie nosiła ubioru mężczyzny ani mężczyzna ubioru kobiety; gdyż każdy, kto
tak postępuje, obrzydły jest dla Pana, Boga swego (Pwt 22,5).
… gdyż brzydzi się Pan każdym, który tak czyni, każdym, który postępuje niesprawiedliwie
(Pwt 25,16).
Będziecie jedli ciało synów i córek waszych. Zniszczę wasze wyżyny słoneczne, rozbiję
wasze stele, rzucę wasze trupy na trupy waszych bożków, będę się brzydzić wami (Kpł 26,29-
30).
Nie ocaleją przed Tobą zarozumialcy wyniośli, bo nienawidzisz tych wszystkich, którzy
czynią zło i nieprawość. Ty niszczysz kłamców, bo Pan gardzi zbrodniarzem obłudnym (Ps
5,6-7).
… bo Pan się brzydzi przewrotnym, a z wiernym obcuje przyjaźnie (Prz 3,32).
Obrzydłe są dla Pana serca przewrotne, On tych miłuje, których droga prawa (Prz 11,20).
7. Można by wysuwać zastrzeżenia co do tego, że wszystkie teksty mówiące o Bożej nienawiści i obrzydzeniu do
grzeszników pochodzą ze Starego Testamentu. Jednak Boże nastawienie wobec grzeszników od tamtego czasu się nie
zmieniło. Rozmowa Jezusa z Kananejką z Mt 15,22-28 jest doskonałym nowotestamentowym przykładem Bożej
postawy wobec grzeszników. Jezus najpierw nie chciał nawet słuchać jej błagań, a nawet nazwał ją psem. Dzięki jej
wytrwałej wierze Jezus okazał w końcu miłosierdzie. Opinia Jezusa o nauczycielach Prawa i faryzeuszach nie mieści
się w kategoriach miłości aprobującej (zob. Mt 23).
Obrzydłe Panu serce wyniosłe, z pewnością karania nie ujdzie (Prz 16,5).
Kto uwalnia łotra i kto skazuje niewinnych: Pan do obu czuje odrazę (Prz 17,15).
Jak pogodzić owe teksty z innymi, które potwierdzają Bożą miłość do grzeszników? Jak można
mówić, że Bóg czuje obrzydzenie i nienawiść do grzeszników, a zarazem ich kocha?
Trzeba uznać, iż istnieją różne rodzaje miłości. Jeden z nich to miłość bezwarunkowa. Można by
ją nazwać „miłością miłosierną”. Ona mówi: – Kocham cię pomimo… – Kocha ludzi bez względu
na ich postępowanie. Taką miłość Bóg ma wobec grzeszników.
Miłości miłosiernej jest przeciwstawiona miłość uwarunkowana. Można ją nazwać „miłością
aprobującą”. Na nią się zasługuje. Mówi ona: – Kocham cię ze względu na …
Niektórzy uważają, że miłość warunkowa wcale nie jest miłością. Albo pomniejszają jej wartość
twierdząc, że jest samolubna, różna od miłości Bożej.
Jednakże prawdą jest, iż Bogu nie jest obca miłość warunkowa, o czym się przekonamy na
podstawie Biblii. Nie należy zatem z niej drwić. Miłość warunkowa jest podstawową miłością, jaką
Bóg okazuje swoim dzieciom. Powinniśmy bardziej pragnąć Bożej miłości warunkowej niż Jego
miłości miłosiernej.
Czy miłość aprobująca jest gorszym rodzajem miłości?
Zadaj sobie takie pytanie: – Jaki rodzaj miłości wolałbym, aby mi okazywano: miłosierną czy
aprobującą? – Na pewno wolałbyś, żeby inni kochali cię „ze względu na” coś a nie „pomimo”
czegoś.
Co chciałbyś usłyszeć od współmałżonka: – Nie ma powodu, bym cię kochał, bo nie ma w tobie
niczego, co by mnie motywowało do okazywania ci dobroci. – Czy też: – Kocham cię z wielu
powodów, bo podziwiam w tobie tak wiele rzeczy. Zapewne wolelibyśmy, aby partner kochał nas
miłością aprobującą. Taki rodzaj miłości przyciąga mężczyznę i kobietę do siebie oraz ich związek
utrzymuje. Jeżeli nic już nie podziwiamy w swoim współmałżonku, kiedy ustaje wszelka miłość
aprobująca, nasz związek ma nikłe szanse przetrwania. Jeśli trwa, to dzięki miłości miłosiernej,
wypływającej z bogobojnego charakteru tego, który tę miłość okazuje.
Wobec powyższego widzimy, iż ani miłość aprobująca ani warunkowa nie jest jej gorszym
rodzajem. Jak miłość miłosierna jest najcenniejszą miłością, jaką można dawać, tak miłość
aprobująca jest najcenniejszą miłością, jaką można otrzymywać. Ponadto miłość aprobująca jest
jedynym rodzajem miłości, jaką Ojciec okazywał Jezusowi, co wynosi ją na należne jej wyżyny
szacunku. Bóg Ojciec nigdy nie wykazywał odrobiny miłości miłosiernej wobec Jezusa, ponieważ
w Chrystusie nigdy nie było nic niegodnego miłości. Jezus zaświadczył:
Dlatego Ojciec Mnie miłuje, bo Ja oddaję swoje życie, aby na nowo je odzyskać (J 10,17).
Widzimy zatem, że Ojciec kochał Jezusa ze względu na Jego posłuszeństwo aż do śmierci.
Miłość aprobująca nie wymaga akceptacji niczego, co jest złem; ona docenia wszystko, co dobre.
Jezus zasługiwał na miłość Ojca.
Twierdził, że trwał w miłości swego Ojca przestrzegając Jego przykazań:
Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w Mojej miłości. Jeśli
będziecie zachowywać Moje przykazania, będziecie trwać w Mojej miłości, jak Ja
zachowałem przykazania Mojego Ojca i trwam w Jego miłości (J 15,9-10).
Tekst ten wskazuje, iż mamy za przykładem Jezusa trwać w Jego miłości, zachowując Jego
przykazania. Mówi tu wyraźnie o miłości aprobującej, twierdzi, że możemy i powinniśmy
zasługiwać na Jego miłość. Jednakże z powodu nieposłuszeństwa Jego przykazaniom możemy się
tej miłości pozbawić. W Jego miłości trwamy tylko wówczas, gdy zachowujemy Jego przykazania.
Niestety dzisiaj rzadko się o tym mówi, a powinno, bo tak powiedział sam Jezus.
Nieco dalej potwierdził Bożą miłość aprobującą wobec tych, którzy są posłuszni Jego
przykazaniom:
Sam bowiem Ojciec was miłuje, bo wy Mnie umiłowaliście i uwierzyliście, że Ja wyszedłem
od Boga (J 16,27).
Kto przyjął Moje przykazania i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Tego zaś, kto Mnie miłuje,
umiłuje Mój Ojciec i Ja go będę miłować, i objawię mu siebie… Jeśli kto Mnie miłuje i będzie
zachowywał Moje słowo, Mój Ojciec go umiłuje i do niego przyjdziemy, i zamieszkamy u
niego (J 14,21.23).
Zauważmy, że w ostatnim urywku Jezus nie składał obietnicy niezaangażowanym wierzącym, iż
jeśli zaczną zachowywać Jego słowa, On się do nich przybliży w szczególny sposób. Po prostu
obiecał każdemu, kto zacznie Go miłować i przestrzegać Jego słowa, że Ojciec też go umiłuje i że
razem z Ojcem w nim zamieszkają. To wyraźnie odnosi się do nowonarodzenia. Każdy narodzony
na nowo posiada i Ojca i Syna, którzy w nim zamieszkują dzięki Duchowi Świętemu (zob. Rz 8,9).
Widzimy zatem, że prawdziwie narodzonymi na nowo są ci, którzy się opamiętali i zaczynają
okazywać posłuszeństwo Jezusowi. Tylko tacy uzyskują aprobującą miłość Ojca.
Oczywiście, Jezus wciąż rezerwuje miłość miłosierną wobec tych, którzy w Niego wierzą.
Kiedy bywają nieposłuszni, gotów jest im wybaczyć, jeśli wyznają swoje grzechy i przebaczą
bliźnim.
Zakończenie
Nie jest prawdą, że Bóg kocha swoje posłuszne dzieci tak samo jak grzeszników. Tym ostatnim
okazuje miłość miłosierną. Jest ona tymczasowa, trwa tylko do ich śmierci. Kochając ich miłością
miłosierną jednocześnie ich nienawidzi, bo nie aprobuje ich charakteru. Tego właśnie naucza
Biblia.
Z drugiej strony, Bóg kocha swoje dzieci o wiele bardziej niż ludzi nienawróconych. Okazuje im
przede wszystkim miłość aprobującą, ponieważ się opamiętali i starają się zachowywać Jego
przykazania. W miarę, jak wzrastają w świętości ma coraz mniej podstaw do tego, by okazywać im
miłość miłosierną, a coraz więcej, by ich kochać miłością aprobującą, a tego właśnie oni pragną.
Z powyższego wynika, iż współcześni kaznodzieje i nauczyciele często przedstawiają Bożą
miłość w sposób mylący i niedokładny. W świetle nauki Pisma Świętego zastanówmy się przez
chwilę i oceńmy znane frazesy mówiące o Bożej miłości:
1) Nie możesz nic zrobić, aby Bóg kochał cię odrobinę więcej lub mniej, niż kocha cię obecnie.
2) Nie możesz nic zrobić, aby Bóg przestał cię kochać.
3) Boża miłość jest bezwarunkowa.
4) Bóg kocha wszystkich jednakowo.
5) Bóg kocha grzesznika, ale nienawidzi grzechu.
6) Nie możesz nic zrobić, aby zasłużyć na Bożą miłość.
7) Boża miłość do nas nie zależy od naszych dokonań.
Wszystkie powyższe stwierdzenia są potencjalnie mylące lub wręcz fałszywe, jako że w
większości odrzucają Bożą miłość aprobującą, zaś wiele z nich błędnie przedstawia Jego miłość
miłosierną.
W odniesieniu do punktu 1) jest coś, co wierzący mogą zrobić, aby Bóg okazywał im więcej
miłości aprobującej: mogą być bardziej posłuszni. Mogą też sprawić, by Bóg okazywał im mniej
miłości aprobującej: być nieposłuszni. Grzesznicy mogą zrobić coś, żeby Bóg pokochał ich o wiele
bardziej: opamiętać się. Wówczas zdobędą Bożą miłość aprobującą. Mogą też zrobić coś, żeby Bóg
mniej ich pokochał: umrzeć. Utracą wtedy jedyną miłość, jaką Bóg ma wobec nich, miłosierną.
W odniesieniu do punktu 2) chrześcijanin może utracić Bożą miłość aprobującą powracając
do życia w grzechu, wtedy może liczyć tylko na Bożą miłość miłosierną. Także niewierzący, kiedy
umiera, traci Bożą miłość miłosierną, jedyną, na jaką mógł liczyć.
W odniesieniu do punktu 3) Boża miłość aprobująca jest bezsprzecznie uwarunkowana. Nawet
Jego miłość miłosierna jest uzależniona od pozostawania człowieka przy życiu. Po śmierci ustaje,
jest zatem warunkowa, bo tymczasowa.
W odniesieniu do punktu 4) jest prawdopodobne, iż Bóg nie kocha wszystkich tak samo, bo
chociaż aprobuje i grzeszników i zbawionych, to w różnoraki sposób. Na pewno Jego miłość wobec
grzeszników nie jest taka sama co wobec świętych.
W odniesieniu do punktu 5) Bóg nienawidzi i grzeszników, i ich grzechów. Należałoby raczej
mówić, że Bóg kocha grzeszników miłością miłosierną, a nienawidzi ich grzechów. Z punktu
widzenia Jego miłości aprobującej nienawidzi ich.
W odniesieniu do punktu 6) każdy może i powinien starać się zasłużyć na Bożą miłość
aprobującą. Nikt oczywiście nie może zasłużyć na Jego miłość miłosierną, jest bowiem
bezwarunkowa.
Wreszcie, w odniesieniu do punktu 7) Boża miłość miłosierna nie opiera się na naszych
osiągnięciach, jednakże Jego miłość aprobująca na pewno tak.
Chcę przez to powiedzieć, że kaznodzieja, który pozyskuje uczniów, winien przedstawiać Bożą
miłość dokładnie tak, jak ją opisuje Biblia, aby nikogo nie zwodzić. Do nieba wejdą tylko ci,
których Bóg kocha „miłością aprobującą”, czyli tacy, którzy narodzili się na nowo i są posłuszni
Jezusowi. Pozyskujący uczniów sługa ewangelii nie będzie nauczał czegoś, co nie motywuje ludzi
do świętości. Jego cel jest taki sam jak Boży: pozyskiwać uczniów, którzy przestrzegają wszystkich
przykazań Chrystusa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)